Racja jest po stronie tych, którzy piszą

Marcin Orliński

(„Wyspa” nr 2/2016)

Janusz Drzewucki, Życie w biegu, Wydawnictwo Melanż,
Warszawa 2015, liczba stron: 548



Tej książki chyba nikt się nie spodziewał. Owszem, fragmenty ukazywały się w prasie literackiej, ale nic nie wskazywało na to, że powstanie z nich większa całość. Janusz Drzewucki pisał swój dziennik przez okrągły rok – w ukryciu, po cichu, jakby mimochodem. Życie w biegu ma 548 stron. Objętość godna podziwu, zwłaszcza że w międzyczasie autor pisał przecież recenzje dla „Twórczości”, prowadził spotkania autorskie, zasiadał w jury konkursów literackich, a także przygotowywał do druku dwa zbiory krytyczne: Charakter pisma i Stan skupienia. Czytelnik znajdzie tu elementy charakterystyczne dla gatunku: chronologia, podział na miesiące i dni, notatki na temat bieżących wydarzeń i odrębność tematyczna poszczególnych wpisów. A jednak Drzewucki przekracza konwencję dziennika. Jego notatki często przybierają formę wspomnienia, relacji sportowej, recenzji muzycznej, felietonu, a nawet szkicu krytycznoliterackiego i eseju.

Powiedzieć, że Drzewucki żyje literaturą, to nic nie powiedzieć. Drzewucki jest literaturą opętany. Jak sam wyznaje: „Żyję dla literatury, dzięki literaturze i z literatury”. Na każdą okazję ma cytat, a nawet garść cytatów. Przebieżka po Warszawie? Wiersze Wierzyńskiego, Iwaszkiewicza i Grześczaka. Manifestacje na Majdanie? Książki Kapuścińskiego o rewolucji. W ten sposób literaturą obrasta wszystko, co dla Drzewuckiego ważne: ludzie, miejsca, ważne wydarzenia polityczne i drobne fakty z życia codziennego. Do tego dochodzą lektury: książki, które akurat recenzuje, wiersze i powieści, które przy takiej czy innej okazji mu się przypominają, spotkania literackie, na które chodzi, i audycje radiowe, w których bierze udział. Literatura jest dla niego wszystkim, jeśli wolno mi sparafrazować Stachurę. I wszystko jest literaturą.

Pierwszy wpis zaczyna się od słów, których nie powstydziłaby się dobra powieść: „Niepokój. Jak to niepokój – niezrozumiały. Obudziłem się z poczuciem niepokoju. Wstałem, zaparzyłem kawę. Zacząłem się uspokajać: nie schlałem się wczoraj, nikogo nie obraziłem, rachunki popłacone, w robocie zaległości nie mam”. Przebudzenie jako początek aktu pisarskiego i niepokój jako jego źródło, przyczyna, a może nawet i zasada. Oto autor przedstawia swoje pisarskie credo i od razu nakreśla tematykę, która go interesuje. Pojawia się wątek biegania (za trening po sylwestrowej nocy należy się autorowi szacunek), telewizyjna relacja ze skoków narciarskich i meczu ligi angielskiej, transmisja z koncertu noworocznego Filharmoników Wiedeńskich.

Ważne miejsce w dzienniku, a co za tym idzie również w życiu Drzewuckiego, zajmują inni ludzie. Przede wszystkim żona Renata, która w książce występuje jako Re. W dalszej kolejności – pisarze. Raz pogawędka o literaturze z Krzysztofem Karaskiem, innym razem – dyskusja o piłce nożnej z Jerzym Pilchem. Dziesiątki, jeśli nie setki nazwisk: Henryk Bereza, Marek Hłasko, Bohdan Zadura, Jerzy Harasymowicz, Wisława Szymborska, Marek Nowakowski, Julia Hartwig... Najwięcej uwagi poświęca jednak autor Tadeuszowi Różewiczowi, Ryszardowi Kapuścińskiemu i Wiesławowi Myśliwskiemu. Autor Ocalonego zajmuje zresztą w tej książce miejsce szczególne. Drzewucki nazywa go „Mistrzem”, wspomina wspólne rozmowy, spotkania i żarty, zachwyca się jego dawnymi i ostatnimi dziełami, wraca do ulubionych wierszy, wreszcie opisuje dzień, w którym dowiedział się o jego śmierci, a także wszystkie dni później, puste, wypełnione ponownymi lekturami i wspomnieniami. Rodzaj hołdu? Tylko trochę. Przede wszystkim – świadectwo bliskiej znajomości z ciepłym, skromnym, inteligentnym i niesłychanie dowcipnym człowiekiem. Bo taki właśnie był podobno Różewicz.

Niezwykle cenne wydają mi się przemyślenia Drzewuckiego dotyczące literatury. Jako krytyk dzieli się uwagami na temat przeczytanych książek, a także zdradza okoliczności, w jakich pisał tę i czy inną recenzję. Czytelnik dowiaduje się na przykład, że pierwszy szkic na temat zbioru wierszy Zadury Kropka nad i przepadł podczas kopiowania do innego pliku i Drzewucki musiał pisać tekst od nowa. Z książki wyłania się też określony światopogląd literacki. Pisząc „światopogląd literacki”, mam na myśli zbiór przekonań na temat czytania i pisania. Należy do nich choćby krytyczny stosunek do krótkich recenzji publikowanych w prasie codziennej: „Ze strachu, że odrywam się od rzeczywistości: przejrzałem kilka gazet i tygodników. Czytałem jednak przede wszystkim recenzje literackie. To już nie recenzje, to notki informacyjno-promocyjne, konferansjerka krytycznoliteracka, a raczej pseudokrytycznoliteracka. Teksty tak krótkie i zdawkowe, że aż strach”. Autor Życia w biegu nie darzy również sympatią instytucji blurba, czyli krótkiej notki na okładce książki. Pomstuje na niechlujny język polityków i dziennikarzy, którzy „nie wiedzieć czemu wypowiedzieli wojnę głosce ‘ł’”.

Drzewucki dzieli się też refleksjami na temat życia politycznego i społecznego w Polsce. Krytykuje prawicowych polityków i opowiada się przeciw nacjonalizmowi. Nie znosi rekonstrukcji historycznych. Nie jest mu też po drodze z Kościołem katolickim. Wyraża zdziwienie, dlaczego ta instytucja – najbogatsza w Polsce – nie chce budować Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie za własne pieniądze. Krytykuje również państwo, które nie jest w stanie zapewnić pomocy lekarskiej wszystkim obywatelom, a już zwłaszcza tym, dla których w mediach organizowane są zbiórki pieniędzy. Wyraża natomiast sympatię wobec teorii gender i – przynajmniej w pewnym stopniu – feminizmu.

Z jednej strony życie codzienne, teraźniejszość w całym swoim bogactwie, z drugiej – wspomnienia. Drzewucki przywołuje dzieciństwo w Kruszwicy, nawiązuje do lat spędzonych w Krakowie, gdzie studiował polonistykę, a także do ostatnich 25 lat w Warszawie. Dziesiątki szczegółów z życia swojego i innych ludzi. Materiału biograficznego tyle, że można by nim obdarować kilka osób. Absolutnie bezcenne wydają mi się fragmenty dotyczące redakcji „Twórczości” i kawiarni „Czytelnik”, w której jeszcze do niedawna można było spotkać Henryka Berezę czy Tadeusza Konwickiego. A jeśli Konwickiego, to oczywiście także Holoubka i Łapickiego. Czasem wpadał tu też podobno Ryszard Kapuściński, częściej jednak – poeci, redaktorzy, aktorzy i politycy. Niby to wszystko wiadomo, ale u Drzewuckiego suche fakty obrastają tkanką doświadczenia, egzystencjalnymi szczegółami, które wprawiają w ruch koła opowieści.

Gdyby nie literatura, najważniejszy dla Drzewuckiego byłby pewnie sport. Sport splata się zresztą z literaturą. Autor Życia w biegu zdradza, dlaczego zaczął biegać. Opisuje swoje pierwsze treningi oraz kolejne starty w półmaratonach i maratonach. I od razu przypomina wiersze na temat biegania: Kazimierza Wierzyńskiego (Spartanin, Bieg przełajowy i Nurmi), Jarosława Iwaszkiewicza (Oda trzecia. Na bieg maratoński) i Mariana Grześczaka (Drumka starego Emila, mistrza znad Wełtawy, W biegu zabawa, Długi bieg, krótki czas, Maraton oraz Nic, co bose, nie było mu obce). Ze swojej strony mógłbym dorzucić do tego zestawienia wiersz Anny Świrszczyńskiej Mam dziesięć nóg: „Kiedy biegnę,/ śmieję się nogami.// Kiedy biegnę,/ połykam świat nogami.// Kiedy biegnę,/ mam dziesięć nóg.// Wszystkie moje nogi/ krzyczą.// Istnieję tylko wtedy,/ kiedy biegnę”. I jeszcze zabawny fragment z utworu poetki współczesnej Agnieszki Wolny-Hamkało wiersz o tym, dlaczego nigdy do niczego nie dojdę: „Kiedy jestem chora, to sobie myślę, że chciałabym biec./ Biec tak i biec. A jak zdrowieję, to nigdy jakoś nie biegnę”. Drzewucki zauważa, że biega sporo osób ze środowiska literackiego: Marek Zagańczyk, Arkadiusz Morawiec, Marek Czuku, Krzysztof Koehler, Justyna Radczyńska, Ela Czerwińska, Marta Kijańska, a także piszący niniejsze słowa. Listę Drzewuckiego z przyjemnością uzupełniam o kolejne nazwiska – biegają lub biegali: Mariusz Grzebalski, poeta i kierownik wydawnictwa WBPiCAK, Tomasz Cieślak, historyk literatury, profesor Uniwersytetu Łódzkiego, poetki Julia Fiedorczuk, Małgorzata Lebda, Zofia Staniszewska, poeci Krzysztof Ciemnołoński, Mariusz Partyka, Kamil Kwidziński… A zapewne również wiele i wielu innych.

Drzewucki fascynuje się też piłką nożną. Zna na pamięć składy ulubionych drużyn i wyniki najważniejszych rozgrywek. Jest zapalonym kibicem, chodzi na mecze Legii przy ul. Łazienkowskiej i bierze udział w stadionowych rytuałach, które komuś z zewnątrz mogą się wydawać niezrozumiałe. Piłka nożna, podobnie jak bieganie, przenika się z literaturą. Okazuje się, że piłkarzami byli w młodości m. in. Jerzy Górzański, Karol Wojtyła, Bohumil Hrabal i Albert Camus. W jednej z czerwcowych notatek autor Życia w biegu cytuje fragment Dwu miast Adama Zagajewskiego, który opisuje tłumy kibiców zmierzające na stadion i ze stadionu. W innym miejscu Drzewucki opowiada zabawną, ale i przyprawiającą o dreszcz historię, gdy siedział na Żylecie i czytał gazetkę klubową. W pewnym momencie jakiś osiłek z ogoloną głową krzyknął do niego: „Na Żylecie nie czytamy”, na co on spontanicznie odkrzyknął: „Nie czytają tylko ci, co czytać nie potrafią”. Nie wiadomo, jak rozwinęłaby się sytuacja, gdyby właśnie nie zaczął się mecz. Jak się okazuje, czytanie to zajęcie dosyć niebezpieczne.

Lektura Życia w biegu to intelektualny maraton. Staram się biec za autorem, ale on wciąż mi ucieka. Już, już, mam wrażenie, że za chwilę go dogonię, a on robi kolejny zwrot, skręca, przyspiesza i znika mi z oczu. Na przykład zimowe igrzyska w Soczi. Podczas ceremonii zamknięcia Rosjanie postanowili się pochwalić wybitnymi historycznymi artystami. Wśród wielu zdjęć znalazła się również fotografia Osipa Mandelsztama, którego Związek Radziecki skazał na śmierć w łagrze, a Rosja Putina wykorzystuje do aktualnych celów propagandowych. Drzewucki pozwala sobie na komentarz polityczny, ale przy okazji cofa się do czasów studenckich, w których po raz pierwszy zetknął się z twórczością tego poety. Autor Życia w biegu sypie z rękawa tytułami jego wierszy, a także tytułami wierszy polskich poetów o Mandelsztamie. I to właśnie jeden z tych momentów, w których muszę się oderwać od lektury, zajrzeć do tej czy innej książki. Szukam, coś znajduję, ale nie wszystko. Znowu jestem krok za autorem.

Życie w biegu to książka kompletna. Myślę, że nie mogłaby być ani krótsza, ani dłuższa. Jeśli autor zdecydował się pociągnąć jakieś wątki, to tylko dlatego, że naprawdę go interesowały. Nie ma tu informacji nieważnych, a jeśli się pojawiają, to tylko jako niezbędne tło, punkt wyjścia dla tych istotnych. A które są istotne? Te związane z literaturą. Trzeba pisać, zdaje się mówić Drzewucki. „Racja jest po stronie tych, którzy piszą, nie tych, którzy z jakiegoś, jakiegokolwiek, nieważne jakiego, powodu nie piszą”. Literatura pozwala zrozumieć drugiego człowieka, podsuwa sensy, umożliwia tworzenie mniej lub bardziej poręcznych map rzeczywistości, zagospodarowuje przestrzeń. Nade wszystko – by pozostać przy metaforyce sportowej – pomaga przy kolejnych życiowych rozgrzewkach i przy leczeniu egzystencjalnych kontuzji. I rzeczywiście: jakoś lepiej się z nią przez to życie biegnie. Nie dużo lepiej, ale jednak lepiej.

.