Niezawisłość rzeczy i inne sprawy

Teresa Tomsia

([w:] Teresa Tomsia, Niedosyt poznawania, WBPiCAK, Poznań 2018)


Warto czytać polską lirykę nie tylko według list nominacji do nagród literackich. Ukazuje się co roku wiele ciekawych książek poetyckich, czasem niesłusznie pomijanych, a niekiedy nadmiernie wychwalanych, jedno jest pewne, większość z nich to propozycje różnorodne, a wśród nich bywają też wydania zaskakujące. Nowe wiersze Marcina Orlińskiego zebrane w tomiku Środki doraźne nie są urokliwe w sensie metaforycznym, a to dlatego, że w autorskim zamierzeniu nie mają być ładne, lecz poruszające – zbytnia estetyzacja języka niweczyłaby bowiem efekt współodczuwania, o jaki chodzi w tej książce. Ograniczając działanie metafor w lirycznych utworach – wybierając aforystyczne zdania, dystychy i proste rymowanki bliskie mowie potocznej z użyciem wulgaryzmów – autor kieruje uwagę czytelnika na ich informacyjny charakter i kontekst pozaliteracki wpływający na kształtowanie się języka. Ten zbiór wierszy to jakby zapiski codzienne i uwagi o kondycji człowieka ograniczonego ciałem, okolicznościami bytowymi, warunkami społeczno-politycznymi, ekonomicznymi, a nade wszystko tajemnicą istnienia, celu i sensu trwania.

Natłok informacji napływających z mediów, z ulicy, z lektur stwarza bohatera wierszy pełnego bezsilności wobec losu, jaki go przytłacza, rysuje obraz człowieka broniącego się przed bezradnością w obliczu wielorakich spraw i problemów, szukającego leku na ból istnienia, „środków doraźnych” poprawiających samopoczucie. Jego orężem jest język w poszukiwaniu universum, rozmówcą – pamiętnik, ukojeniem – zapis o walorach terapeutycznych, żeby ochronić się przed napierającym bezsensem:

Drogi pamiętniczku, wpisz się w mojej głowie.
Zrób z chaosu kosmos, poużywaj sobie.

Uracz mnie historią o cudzych nieszczęściach.
Niech będzie całością to, co było w częściach.

Z poplątanych zwojów zwiąż piękną kokardę.
Niech ciało i umysł znowu tworzą tandem.

W wierszach Orlińskiego mówi do nas ktoś, kto pyta o Boski, a więc doskonały wymiar świata, lecz nie potrafi go dostrzec, uchwycić znamion duchowej w nim obecności. Chciałby utożsamić się z grupą, pokoleniem, wejść w rytuały codzienne i uroczyste, ale we wszystkim, co widzi, czego doznaje, zauważa niedoskonałość, błąd, zaniechanie, pomyłkę, bo tylko ludzkie ułomne doświadczenie jest mu dostępne – stąd rezygnacja, depresja, rozpacz zamiast otwarcia, zawierzenia, nadziei. Portret człowieka naszkicowany przez autora ukazuje postać wrażliwą, reagującą na medialne fałszerstwa i pospolite uproszczenia („o polskich obozach koncentracyjnych” w wierszu Oburzeni), ratującą się udanym dowcipem przeciw politycznej propagandzie („Zróbmy Budapeszt,// ale tylko w restauracjach. W kioskach/ niech zagości Amsterdam, w dyskotekach – / Berlin, a w sypialniach – Rio de Janeiro”). I to właśnie wrażliwość każe mu bronić się przed zafałszowanym obrazem rzeczywistości, skądkolwiek pochodziłoby źródło wiadomości, bo nie ma sensu, jak zauważa, czytanie przypisów i komentarzy do cytatów z Biblii czy innej księgi mądrości, istotne jest sięganie do pierwotnego Słowa i znaku, żeby zastanowić się, czym jest Początek i Koniec, czym jest sens podejmowania kolejnych zadań – jak w wierszu Czerwiec: „Słowem, miłość,/ nieco już wprawdzie zmęczona/ szaleństwami wiosny,/ ale wciąż pełna wigoru./ Na tę okoliczność/ napisałem krótki wiersz:// Miałem dziś pisać o Podsiadle,/ lecz odechciało mi się nagle”.

Żart, autoironia, krzywe zwierciadło – to może na chwilę odsunąć rozpacz egzystowania z dnia na dzień, z zadania na zadanie, od rutynowej narady w korporacji do kolejnej wizyty u lekarza. Za oknem Natura, która nie ma się lepiej, niedomaga, jest w zagrożeniu jak zając, który wpadł pod koła auta, jest w potrzebie jak my: „Och, chodźmy do doktora. Pan doktor nam pomoże,/ przepisze dwie pigułki i wytnie smutek nożem”. Przemijamy, nie ma na to rady, szukamy sposobów, by to zrozumieć, pojąć sens odchodzenia, za rzadko robimy rachunek sumienia i pytamy o radość życia, o wartości, jakie są naszym udziałem: „I tylko spójrz, jaki jesteś śmieszny,/ kiedy się boisz. Jak od razu/ robi ci się zimno, kiedy dociera do ciebie/ wiadomość o śmierci bliskiej osoby.// (…) I jak od razu masz ochotę/ wziąć się za siebie, przestać pić,/ rzucić używki, przyjrzeć się/ swojej diecie, wrócić/ do aktywnego trybu życia,/ zbadać krew,/ zrobić echo serca.// Echo serca,/ ach, jaka piękna nazwa,/ szkoda, że wypowiadana głównie wtedy,/ kiedy dzieje się coś złego./ Kiedy za chwilę/ może już pozostać// tylko echo” (I tylko spójrz). Człowiek zagubiony w rytuałach codzienności i traktujący tradycję jako niepotrzebny balast błądzi w rozróżnianiu tego, co jest ważne, a co nieistotne, pozory i estetyczną oprawę bierze za sens świętowania. Trafnie ujął poeta ten społeczny problem w wierszu Święta: „ I jeszcze ta cała niezawisłość rzeczy,/ włosy przylepiające się do taśmy klejącej,/ nożyczki, które niespodziewanie wybierają inną drogę niż wzrok,/ długopisy, które gubią się/ pośród skrawków i wstążeczek (…) tak, to wszystko,/ narastająca bezsilność/ i rozpacz”. Poeta czuje się nieprzydatny we współczesnym świecie, nikomu niepotrzebny ze swoją wrażliwością i zdolnością obserwacji otoczenia, z historyczno-literacką wiedzą i poczuciem smaku. Podczas Targów Książki na Stadionie Narodowym, gdy wychodzi na prawie puste boisko, widzi zakonnicę wpatrzoną w telebim. Być może jest to aktualna laureatka Nagrody Literackiej im. ks. Jana Twardowskiego, równie osamotniona w swoim środowisku jak poeta wśród spodziewanych czytelników. Celne spostrzeżenia, gorzkie uwagi, „temat ostateczny:// życie”.

Podczas lektury książki poetyckiej Środki doraźne czytelnik być może zada sobie pytanie, który z liryków mógłby definiować klarownie postawę filozoficzną poety, określić jego życiowe credo. Wydaje się, że wiersz Suplikacja, współczesna wersja pieśni błagalnej o zrozumienie świata, w jakim człowiek żyje, taką próbę credo stanowi – jest w tym wierszu doświadczenie pospiesznej codzienności i pragnienie życia we własnym rytmie, szansa odnalezienia miejsca w czymś, co jest większe niż dostępne doznania i wrażenia z ulicy, sklepu, telewizora, co ogarnia całość – w czym, a nie przed czym chciałby się schronić. Poeci często wskazują na utwory, które definiują zbiór ich pragnień, zasad czy poglądów. Na łamach jednego z tygodników na pytanie redaktorki Barbary Gruszki-Zych poeta Krzysztof Kuczkowski odpowiedział, że jego credo zawiera się w tytułowym wierszu tomiku Kładka: „chcę być kładką, po której przejdzie Syn cieśli”. I skomentował: „Rzeczywistość widzialna ma swoją równie rzeczywistą, niewidzialną podszewkę. Widzialna przestrzeń jest znakiem tego, co ukryte przed naszymi oczami, a co ma tak samo bezpośredni wpływ na nasze życie jak to, co realnie doświadczone. Poezja posiada narzędzia, które mogą uchwycić moment przemiany doczesnego w wieczne, i to jest w niej niezwykłe i tajemnicze” („Gość Niedzielny” 15/2017). Autor Suplikacji świetnie wychwytuje duchowe potrzeby człowieka i ich brak, jednocześnie ukazując okoliczności, jakie w pogłębianiu duchowości i zastanawianiu się nad sensem istnienia stanowią znaczącą przeszkodę.

Podobne dylematy zagubienia „ja” w rzeczywistości przenikającej się tradycji i nowoczesności wyczytać można z wierszy poznańskiego poety Szymona Kantorskiego, autora tomiku Duety. Ludzie, rzeczy i pojęcia pojawiają się w nich w rytmie rytuałów święta i codzienności, by pokazać drogę kultury i cywilizacji, jaką kroczy człowiek ze swoją wiedzą i niewiedzą o sobie, o świecie, jak wiele traci z powodu odrzucenia kontaktu z naturą na rzecz wirtualnego komunikatu. Przywoływane zachowania ludzkie są albo nietypowe, odważne i nie do naśladowania, albo reprezentatywne i typowe dla pewnego czasu historycznego czy określonego środowiska, bo poetę interesuje powtarzalność, maska, rola, los, z którego ktoś ma odwagę wyłamać się choćby za cenę stosu. „Kamień, papier, pamięć”. Poeta pokazuje ograniczone możliwości poznawania, gdy sięgamy tylko do linii horyzontu i obracamy się zaledwie w obiegu utartych obyczajowych szlaków (jak kobieta 42-letnia, która dziś „idzie na ścięcie”... włosów). A jeśli pojawia się tu odwołanie do historii czy społeczno-gospodarczych przemian, to zwykle ironiczne – jak w oryginalnym wierszu Dziadek, gdzie poeta ciekawie korzysta z kontekstu wojennych podziałów na ofiary i zbrodniarzy, obnażając schemat myślenia o sprawiedliwości dziejowej. Wiersze Kantorskiego są jak szarady, nie rozgryziesz ich bez odwołania się do innej rzeczywistości, z której wzięły wątek, lecz ta gra z czytelnikiem o sens opowiadanych historii nie ma ostatecznej pointy, tak jak trudno do końca rozplątać, rozszyfrować wszelkie ludzkie zagmatwania, pozory, obietnice nie do spełnienia – ukazywane przez poetę zarówno w „rozdaniu” żeńskim jak i męskim, w odcieniu pozytywnym jak i negatywnym, w ścieraniu się sacrum i profanum o miejsce w naszym życiu codziennym i odświętnym. Poezja ta korzysta z oszczędnego języka relacji zdarzeń; narrator opowiada różne ludzkie historie, nie narzucając się ze swoim widzeniem, jest dyskretny, powściągliwy i waży słowa czułe. Gdy wiersz bywa protestem przeciw grafomanom – to raczej przeciw grafomanom życia, wszak zapiski z podróży to drobnostka (skutek), ważniejsza jest przyczyna, by się zdecydować na podróż, na nowe spojrzenie, na uruchomienie niekończącej się, a tak intrygującej układanki, że warto jej poświęcić swój czas. Narracja wierszy jest otwarta, dlatego można układanie „duetów” z autorem przenieść w odpowiednią dla siebie wyobrażoną chwilę i miejsce, interpretacja – sytuacja czytelnika – ma bowiem dla wierszy Kantorskiego istotne znaczenie. Czasem autor żartuje sobie z wszystkich naszych odkryć, np. w wierszu Rasa: „przepraszam więc za mnie” ...; „to wszystko to tylko kwestia mojej skóry/ pod paznokciami kobiet, teorii (r)ewolucji/ która podobno była mistyfikacją/ której jestem następnym ogniwem,/ mam za krótką pamięć by pamiętać, żyję za-/ wirowaniem powietrza”. W dobie wszelkich wolności można się ze wszystkiego wytłumaczyć i znaleźć usprawiedliwienie, którego i tak nikt nie usłyszy, gdy „chroniczny brak bloga”. Przedostatni wiersz tomiku dedykowany ojcu wprowadza niespodziewaną nutę nostalgii za utraconym czy niepoznanym, mieszają się w nim różne spojrzenia: rzeczowy opis rzeczywistości, przewrotna, satyryczna uwaga o mediach i kibicach, liryzm czystego gatunku (Warstwy):

nie byłeś w costa da caparica tam czarni
surferzy przekrzykują fale o zmierzchu
w szafie stare krawaty już nie gryzą się z nowymi
sygnały karetek na stacji przyjmują całą dobę
ostatnie zakłady naprawdę dużego lotka

Pokrewne kierunki poszukiwań nieprzystosowania „ja” do narzuconych warunków współczesnej cywilizacji wyznacza swojej poezji Marcin Orliński. Charakterystyczne w jego wierszach jest podobne łączenie i tasowanie tonów wysokich i niskich, co daje interesujący efekt, bo zachęca do czytelniczego współodczuwania i wspólnego szukania logiki opowieści, harmonii stylów, rozwiązywania słownych zagadek, terapii śmiechem. Dylematy moralne i pytania eschatologiczne poeta półżartem odsuwa na chwilę na plan dalszy, ale przecież nie chcą odejść i powracają, by człowiek nadal dążył do szukania całości w łączności widzialnego i niewidzialnego; wiersz Suplikacja także nas ku tym zagadnieniom zbliża:

Od przewijanej w nieskończoność osi czasu
uchroń mnie, ostatnia płyto Davida Bowiego.

Od siebie samego, czymkolwiek jestem,
czymkolwiek jesteś, uchroń mnie.

Poezja czerpiąca ze „środków doraźnych” jest znakiem czasu przesytu, gdy „niezawisłość rzeczy” i inne sprawy (choroby, niemoc ciała, uzależnienia, zobowiązania pracownicze i kredytowe, dotkliwości społeczno-polityczne) biorą górę nad wartościami duchowymi dającymi zakorzenienie i poczucie rodowej tożsamości, jest też ostrzeżeniem przed przekraczaniem miary w egocentrycznym widzeniu świata, bo „środki doraźne” mają jednak przynieść pomoc, stać się środkami zaradczymi i naprawczymi. W chaosie materii i aurze napierających wciąż nowych idei poeta ratuje się sztuką opisania rzeczywistości, a zatem szuka porozumienia z sobą i otoczeniem w języku najbardziej dostępnym, przyjaznym, który nigdy go nie zawodzi (Paradoks): „Zaczerniam papier/ i trochę mi się rozjaśnia”.