List (nie)otwarty do Marcina Orlińskiego

w sprawie zażywania Środków doraźnych
Michał Domagalski

(„Afront” nr 3/2017)


Depresja to temat niewygodny. Szczególnie kiedy dotyczy nas. Pozwólmy sobie na jeszcze mocniejsze zawężenie: kiedy dotyczy mnie. Pisanie o pewnych zjawiskach ogólnie pozwala na swobodę. Dystansujemy się wobec problemu. Kiedy depresja dopada jakichś tam ludzi, jest daną statystyczną w tabeli, punktem na wykresie, nasza wypowiedź pozwala nam trzymać się z boku. To my, obserwatorzy.

Gorzej, jeśli zabiera nas się z ławy, zakłada strój i każe grać. Kto nas zabiera z ławki? Depresja sama w sobie. Skąd się wzięła? Jak niepostrzeżenie przerodziła się ze zmartwień w niemożliwy do opanowania stan? Czy mamy jakiekolwiek środki zapobiegawcze? I dlaczego tak bardzo nie chcemy się przyznać, że oto ja stanowi część liczby znajdującej się w tabeli w miejscu wyznaczającym ilość ludzi z depresją?

Nie chcemy się do tego przyznać, bo przecież świat nie akceptuje choroby. Chorzy cały czas stanowią tych gorszych, zjawiskowych. Nie mogą uczestniczyć we wszystkich wydarzeniach. Nawet jeśli ich się zaprasza, to nie na zwyczajowych zasadach, ale dostosowując podjazdy lub siedzenia w tramwajach, malując miejsca parkingowe na niebiesko, do nazw wydarzeń sportowych dorzucając przedrostek para-, okazuje się im pomoc z ledwo dostrzegalnym zapotrzebowaniem na wdzięczność.

I o ile choroby dotyczące ciała lub związana z nim niepełnosprawność przez wielu zostały już lepiej bądź gorzej oswojone, o tyle te, które dopadają psychikę, ciągle jeszcze budzą uśmiechy niedowierzania (Depresja?), które szybko przeradzają się w poszukiwanie przyczyn (Skąd u ciebie depresja?).

Próba odkrycia źródła depresji dopada także tego, który jej uległ. Może to być śmierć bliskiej osoby lub przypadkowego zwierzęcia . Bądź oba wydarzenia jednocześnie, jako przytłaczający zbieg okoliczności. Powiedzmy, że w dniu śmierci babci przejeżdżasz zająca. Że z biednym, niepotrafiącym w wyniku wypadku kicać, zwierzęciem jedziesz do weterynarza, który go nie uratuje, a tylko skróci jego męki. To prawdopodobnie nie jest źródło depresji, ale całkiem dobry powód, żeby z nią zacząć walczyć. To także ten moment, w którym antydepresanty wydają się jeszcze dobrym środkiem do zwalczenia depresji.

Dopiero później zrozumiesz, że to środki doraźne. Doraźne niczym ubieranie traumy w rymowany czternastozgłoskowiec. Nawet średniówka po siódmej sylabie nie pomoże na długo. Złudą wydaje się także przerabianie tego w bajkę o życiu wiecznym. Skuteczne, ale chwilowe. Od teraz potrzeba sięgnięcia po środki doraźne stanie się paradoksalnie silniejsza niż one same. Bez nich Ciemno, a jakby jasno./ Późno, a jakby wcześnie./ Leżę, a jakby stoję./ Na jawie, a jakby we śnie.

Nic nie jest tak permanentnie potrzebne jak doraźne rozwiązania.

I to chyba dobry moment, żeby uświadomić sobie, że depresja nie ma przyczyny. Przynajmniej takiej, o której mógłbyś (umiałbyś?) mówić. Ostatnio utożsamiasz się już nawet z bakteriami, które występują w reklamach detergentów . Jak o tym opowiedzieć?

Może pozwolić mówić głosowi z zewnątrz? Niech ten, który dotychczas miał pełnić rolę odbiorcy, cierpliwej białej kartki, stanie się narratorem – uraczy cię opowieścią o cudzych nieszczęściach; lub (może nawet lepiej) podmiotem lirycznym – chaos myśli i uczuć zamknie w dwunastozgłoskowiec, jakby tworzył zaklęcie. Tylko że to zaklęcie nie działa poza wierszem. A i na jego przestrzeni jest tylko życzeniem skierowanym do Pamiętniczka. Uda się na jego stronach odnaleźć cokolwiek, co zrobi porządek w głowie?

Wyrzucenie wszystkiego z siebie ma ponoć działanie terapeutyczne. Może właśnie dlatego, że wypowiedziane, a jeszcze bardziej spisane, staje się o wiele bardziej poukładane. Paradoksalnie, gdy zaczerniamy papier, trochę nam się rozjaśnia. Lub robi to przynajmniej takie wrażenie. Lecz ten kosmos zamiast uspokajać – przeraża. Z jednej strony tworzenie Listy błędów pomaga w przepracowaniu ich, z drugiej – taki spis uświadamia ilość zaniedbań, zaniechań oraz całej reszty braków i defektów.

Poza tym trzeba mieć na uwadze, że ten kosmos to już nie tylko porządkowanie chaosu. Nadmiar przytłacza. Bo w tym kosmosie i bakterie z reklam, które zostały pozbawione sprzymierzeńców, i Marsjanie, nad chrzczeniem których zastanawia się papież Franciszek. Z losem tych pierwszych się utożsamiasz, co do drugich, obawiasz się, że to oni mogą chcieć chrzcić nas. I zrobią to w taki sposób, /w jaki zwykle robi się/ takie rzeczy. I jeżeli to jeszcze śmieszy, to tylko z przyzwyczajenia. To wszystko kwestia perspektywy. Kapłani nie wyobrażają sobie, żeby religia innych mogła być prawdziwą wersją. Nie wyobrażają sobie, żeby to nie oni dokonywali na innych rytuału inicjacyjnego.

To wszystko kwestia Perspektywy.

Człowiek na inne istoty nauczony jest patrzeć przez własne – ludzkie, co wcale nie musi brzmieć dumnie – doświadczenie. Czy to na Marsjan, czy na bakterie z reklamy środków czyszczących. Nawet o tym, czym stanie się człowiek po śmierci – patrzymy po ludzku. Nawet jeśli jesteś niewierzący, nawet jeśli zostaną po tobie wyłącznie atomy, z których składa się twoje ciało, to nadal patrzysz na to poprzez obraz. Patrzysz na to bardzo po ludzku. I ta perspektywa wcale nie pozwala uwolnić się od depresji.

Pogłębia ją brak odpowiedzi. Choćby głupiego „Dziękujemy za list, ale nie jesteśmy zainteresowani współpracą”. A przecież ludzkość śle ciągle najróżniejsze widomości i sygnały w przestrzeń. Jesteśmy sami? Czy – bardziej romantycznie – samotni? Powinniśmy się czuć niczym podmioty liryczne z wierszy Stanisławów (Próżni Koraba-Brzozowskiego oraz Widokówki z tego świata Barańczaka)? Mroźna próżnia milczy swą nałogową odpowiedź? Nie chce się odzywać, czy po prostu jej nie ma? To pytania raczej nie prowadzące do rozwiązania problemu depresji. Za to skutecznie mogą stać się dla niej pokarmem. Jeśli istnieją obce cywilizacje, co zrobią, gdy nas spotkają? Przywitają? Zniszczą? A może pochylą się z litością nad naszymi nudnymi teoriami, nad nutami prymitywnych symfonii i oper?

Nie uratuje nas to gdybanie. Ale gdybamy. Nie doprowadza nigdzie. Ale gdybamy uparcie. Bo to ostatecznie temat, który interesuje nas od prologu do Epilogu: życie.

Może lepiej byłoby nie patrzeć tak kosmicznie; nie próbować myśleć o całej pozaziemskiej przestrzeni, nie szukać w świecie uporządkowanej, harmonijnej całości? Może skupić się na tym, co bliższe? Dołączyć do kolektywu korporacji?

W korporacji znajdziemy ludzi o podobnym guście. To co, że dotyczy on tylko odświeżacza do kibla lub innej trywialnej sprawy ? Wspólnotowa radość nie trwa jednak długo. Po prostu nie potrafimy się odnaleźć w tych wszystkich korporzeczach, korposprawach, korpozabawach… To rozwiązanie równie doraźne niczym próba określenia siebie poprzez funkcje, które zdarza nam się pełnić. Mężczyzna? Poeta? Pacjent?

Zostaje nam wracanie uparcie do tych samych tematów. Mniej lub bardziej kosmicznych form życia. To prawda, że mamy już ponad trzydzieści lat i ani się obejrzymy, a nie będziemy się mieli za czym oglądać. Możemy jeszcze napawać się kolorami plastiku oraz benzyny, a na koniec rzucić zapałkę.

Wiesz, Marcinie, że nasze zapałki, docierając do celu, prawdopodobnie zgasną z mało efektownym sykiem? Bez Wielkiego Wybuchu.

To też dobra karma dla depresji.