Suplikacja Marcina Orlińskiego

Wojciech Bonowicz

(„Znak” nr 1/2018)


Zacznijmy od najprostszego pytania: z jakich obrazów zbudowany jest ten wiersz? Dałoby się je podzielić na trzy grupy. Pierwszą stanowiłyby powszechne doświadczenia codziennego życia w mieście: ruch na ulicach, sklepy kuszące promocjami, wałęsające się psy, puby, gdzie można odpocząć przy piwie. Drugą – aktualne tematy z pierwszych stron gazet: dokuczliwy smog, wycinka Puszczy Białowieskiej, hasła wznoszone na manifestacjach. Trzecią grupę opisać najtrudniej. To świat osobistych wyborów, ale też pewnych środowiskowych mód i sposobów reagowania na to, co niemiłe, uciążliwe czy groźne. Nowa płyta znanego artysty, festiwal muzyki alternatywnej, serial, na którego kolejne odcinki nie trzeba czekać, bo można je ściągnąć na komputer – oto rozmaite sposoby ucieczki. Albo – by zacytować tytuł tomu, z którego pochodzi omawiany wiersz – Środki doraźne (2017).

Piąta książka poetycka w dorobku Marcina Orlińskiego to opowieść o kimś, kto w świecie takim, z jakim mamy do czynienia, radzi sobie coraz gorzej. „Ciemno, a jakby jasno. / Późno, a jakby wcześnie. / Leżę, a jakby stoję. / Na jawie, a jakby we śnie”, czytamy w czterowierszu otwierającym tom. Można by w tych słowach usłyszeć dalekie echo lozańskich rozrachunków Mickiewicza lub któregoś z jego naśladowców, gdyby nie tytuł – Typowa noc bez antydepresantów – mocno osadzający wiersz nie w tradycji, tylko we współczesnej rzeczywistości. Co więcej, w odróżnieniu od ewentualnego mickiewiczowskiego prawzoru nie ma tu żadnej waloryzacji doświadczeń. Te cztery skromne wersy wprowadzają nas w świat, którego cechą zasadniczą jest płynność, niestabilność. Wszystko tu jest „jakby”, na niby – niewyraźne i nieoczywiste. Nie wiadomo jednak, czy taki stan rzeczy doskwiera podmiotowi, sprawia mu ból, czy może jest przyjemny, czy też po prostu jest przezeń przyjmowany do wiadomości. Dopiero kolejne wiersze z tomu dopełniają ten obraz: oto świat kogoś, kto usiłuje poradzić sobie z napierającym zewsząd (z zewnątrz i od wewnątrz) chaosem. Pomocą są leki i terapie, ale też poczucie humoru – jak w innym krótkim wierszu, zatytułowanym Odstawianie: „Psychiatra powiedział mi, / że mogę już wszystko / odstawić. Zacząłem więc // odstawiać takie rzeczy, / o jakich wstyd mi / tutaj mówić”.

Wiersz Suplikacja poeta umieścił mniej więcej w połowie książki. Trzy grupy obrazów, o których wspomniałem na początku, zmieszane tu zostają w coś w rodzaju modlitwy – osobliwej, bo właściwie areligijnej. Suplikacja to forma, w której wyraża się zjednoczona wiarą zbiorowość; jeśli sięga po nią jednostka, to po to, by wypowiedzieć się w imieniu tej zbiorowości, opowiedzieć nie o osobistych rozterkach, lecz o wspólnie przeżywanym kryzysie i wspólnie przeżywanej nadziei. Suplikacja ma też na ogół wyrazistego adresata: to Bóg, „święty, mocny, nieśmiertelny”, a więc w jakimś sensie daleki, nieliczący się z ograniczeniami, z którymi muszą się liczyć słabi, śmiertelni ludzie. U Orlińskiego zachowany zostaje ogólny schemat tego rodzaju modlitwy – z powtarzającym się błagalnym „uchroń mnie” – ale zmieniają się i adresat, i treść. Nie chodzi tu już o sprawy ostateczne czy groźbę jakiejś zasadniczej katastrofy, w której stronę zmierza świat. Chodzi raczej o podmiot poddawany nieustająco próbie wytrzymałości.

Takich „nadwrażliwych” bohaterów poezja polska miała sporo. Dość wspomnieć Andrzeja Bursę: „Doprawdy, nieraz zapytuję się, komu zależało na zbudowaniu tak ogromnej machiny / z architekturą, wojskiem, prawem i przestępczością, / żeby mnie, / osobiście mnie nękać”. U Orlińskiego jest nieco mniej patosu (zmieniło się poetyckie otoczenie), rozdrażnienie jest mocniej powściągane przez ironię, a efekt humorystyczny osiąga się nie przez posłużenie się parodią, lecz przez odwołanie do szczegółu. Niemniej temat jest w zasadzie ten sam. Powtórzę: chodzi o podmiot, który jest na skraju wytrzymałości. Pytanie tylko: czy jest to podmiot indywidualny czy zbiorowy?

Z pozoru wszystko skłania nas, by opowiedzieć się za pierwszą z powyższych możliwości. Ostatecznie przemawia tu „ja” pojedyncze, nawet jeśli nie do końca siebie świadome, niepotrafiące powiedzieć, czym naprawdę jest (charakterystyczne jest owo „czym” w miejscu, gdzie spodziewalibyśmy się raczej „kim”), to przecież występujące żarliwie w swojej sprawie. Jednak wnikliwa lektura wiersza rodzi wątpliwości. To „ja” jest bowiem zbudowane z tego (powtórzmy), co powszednie i powszechne, co aktualnie skupia na sobie uwagę, wreszcie – co jest trochę modą, trochę obyczajem, rytuałem, może nawet współczesną religią. Lęk przed rozpędzonym samochodem, rozwścieczonym psem czy powietrzem, które zabija, jest tyleż „mój”, co wspólny, podobnie jak wiara w to, że znaleziona na schodach moneta przynosi szczęście. Wyjazd na offowy festiwal czy wybór Davida Bowiego to może rzeczywiście remedium na indywidualne kryzysy, ale bardziej znak wysłany wspólnocie mającej podobne potrzeby i podobny światopogląd. „Trzeba się ratować”, zdaje się mówić bohater tego wiersza. Tyle że – no właśnie, skąd miałby nadejść ratunek? Opisywany świat nie ma metafizycznego oparcia, musi sam sobie wystarczyć. Strach o życie leczy się konsumpcją, a niepokój o przyszłość zbiorowości – ucieczką w miejsca, gdzie można spotkać kogoś, kto myśli i czuje tak jak my.

W tym wszystkim dziwi brak jednego elementu: protestu. Można odnieść wrażenie, że tu się dowcipkuje, zamiast krzyczeć. Ale czy rzeczywiście? A może cały wiersz jest protestem? Pełną goryczy kpiną z własnej i jednocześnie zbiorowej bezczynności? Wskazywałby na to wybór formy. Wiersz wcale nie musi być jej degradacją i chyba w zamyśle poety nie jest. Sensu wiersza nie da się sprowadzić do grymasów. Oto świat (przywołam metaforę Tischnera), w którym kręcimy się jak na targowisku, biegając od jednego straganu do drugiego. Czy będziemy czekać, aż ktoś uwolni nas od targowiska, czy też sami spróbujemy się z niego wyzwolić?