Próby nawigacji

Marcin Orliński

(„Arterie” nr 2/2010)

Maciej Melecki, Przester, WBPiCAK, Poznań 2010


Kiedyś myślałem, że przesterowanie jest zjawiskiem niepożądanym. Już podczas pierwszych, dziecięcych doświadczeń ze sprzętem elektronicznym przekonałem się, że zbyt duże napięcie na wejściu zniekształca nagranie, a dźwięk drażni ucho i drży, jakby w głośnikach coś miało pęknąć. Potem dowiedziałem się, że zjawisko przesterowania wykorzystywane jest w niektórych układach i urządzeniach modulujących dźwięk, np. w gitarze elektrycznej. Tutaj modulacja, która polega na ścinaniu wierzchołków sygnału, okazuje się czymś wartościowym, a anglojęzyczne słowo overdrive oddaje chyba najlepiej jej naturę: podczas gry przesterowany instrument zostaje zajeżdżony, zamęczony i zarżnięty, a dźwięk nabiera zupełnie nowej jakości.

Chyba właśnie tę ambiwalencję zjawiska przesterowania chciał uchwycić Maciej Melecki, który w tytułowym wierszu swojego najnowszego tomu napisał:

Nasłuch może nigdy nie przerodzić się w
Wyraźny sygnał, słuch wtedy ginie po każdym, kto
Zboczył choćby raz w trójkątny wymiar, mając tylko
Wierzchołek na uwadze i stąpając twardo po ziemi, ronił
Nastrój błogiego zatrzymania w tym, co miał zdobyć.

Wyszukany opis gry na gitarze elektrycznej za pomocą kostki? Być może. Bardziej jednak – nieoczywisty koncert na wiele języków, w którym o dominację walczy kilka narracji jednocześnie. Sytuację bohatera tej dziwnej, zwielokrotnionej podróży dobrze oddaje zresztą etymologia słowa „przester” – ja liryczne dzierży w ręku coś więcej niż ster i zarazem coś mniej. Dokąd zawiedzie go ta podróż?

W Przesterze uderzają przede wszystkim dwie rzeczy: rozwlekła, wytworna fraza oraz poruszony, widmowy obraz. Tej poezji nierzadko bliżej jest do prozy, jednak poszczególne linie narracyjne zazębiają się, jakby poeta nie godził się na możliwość zastygnięcia w gotowym schemacie interpretacyjnym. Jest to więc swego rodzaju proza poetycka, pełna nagłych, nieoczekiwanych zwrotów i zakrętów. Melecki nie stroni zresztą od modulowania mniejszych całości znaczeniowych, a nawet pojedynczych słów. Przeglądając spis treści, natkniemy się na przykład na takie tytuły, jak Całość i skończoność (odniesienie do słynnego dzieła Emmanuela Levinasa Całość i nieskończoność), Otostychy (nawiązanie do rodzaju wersyfikacji) czy Wykres kresu (przester syntaktyczny, o ile wolno mi użyć takiego sformułowania).

W perspektywie całej twórczości Meleckiego, Przester to również rodzaj eksperymentu, w którym poeta poddaje testowi własny język. Debiutancka książka Te sprawy (1995) zdawała się wpisywać w pokoleniowe poszukiwania pokolenia „bruLionu” – cechowała ją dosyć zwarta narracja, nawiązująca do języka potocznego, a bohater liryczny zajmował się przeglądaniem rejestrów życia codziennego. Gdyby nie dbałość o styl i umiejętnie inicjowane gry znaczeniowe w obrębie wiersza, być może trudno byłoby w ogóle odróżnić ówczesną poezję Macieja Meleckiego od twórczości takich poetów, jak Jacek Podsiadło, Marcin Sendecki, Dariusz Sośnicki czy Mariusz Grzebalski. Jeśli już się trzymać tropu ewolucji twórczej, wypadałoby wymienić drugi, być może najważniejszy tom wierszy z wczesnego okresu twórczości Meleckiego Niebezpiecznie blisko (1996). Bohater tej książki zbliża się do egzystencji w jej najbardziej radykalnych przejawach: bólu, przemijaniu i śmierci. Potem były jeszcze m.in. Przypadki i odmiany (2001), zbiór lirycznych rozważań o „narzeczach snów”, które podkopują wiarę w możliwość formułowania ogólnych sądów na temat rzeczywistości.

Choć nie jestem zwolennikiem prostych zaszeregowań, myślę, że być może dałoby się wykazać pewną prawidłowość w tych naprzemiennych zbliżeniach i oddaleniach języka i rzeczywistości. Wówczas okazałoby się, że Przester to tom, w którym kumulują się oba momenty, a wiersz staje się miejscem bardzo niebezpiecznej interferencji różnych języków i różnych światów. Sytuację zagrożenia rozpoznał w tych wierszach Krzysztof Siwczyk, który w notce na obwolucie napisał: „Przester Macieja Meleckiego jest książką ekstremalną w przynajmniej trzech doraźnych sensach: ontologicznym, semiotycznym i onirycznym”. Z kolei Grzegorz Kociuba nazwał je „wierszami intelektualnego i poetyckiego ryzyka” .

Potoczne doświadczenie rzeczywistości zostaje przez Meleckiego rozmyte i rozgadane. Świat wydaje się odległy, jakby ledwo migotał na krawędziach wersów i strof. A jednak nie może tu być mowy o gadaninie w sensie, jaki temu słowu nadał Martin Heidegger: „Dana rzecz jest taka, bo tak się mówi. W takim powtarzaniu i plotkowaniu, przez co obecny już na początku brak gruntowności urasta do zupełnej utraty gruntu pod nogami, konstytuuje się gadanina. Nie ogranicza się ona do głośnego powtarzania, lecz rozciąga się na słowo pisane jako ‘pisanina’.” . Melecki próbuje wybić mowę z jej potocznego rytmu, a więc także roz-gadać samo bycie, roz-mówić się z nim i odnowić wzajemne relacje. I choć chwilami można odnieść wrażenie, że strumień świadomości bierze tu górę nad konkretem, poeta znakomicie panuje nad frazą, nie pozwalając jej ześlizgnąć się w stronę czystego i jednoznacznego opisu.

Być może najbardziej zagadkowa jest właśnie wieloznaczność tych wierszy. Niejednoznaczny wiersz skupia uwagę czytelnika i nie pozwala mu spocząć w interpretacyjnym trudzie. Jest otwarty na różne interpretacje, a jednocześnie stanowi zamkniętą, intymną całość, niczym umysł autystycznego dziecka, które broni dostępu do swojego prywatnego świata. Mroczne operacje na konturach rzeczy, jak choćby te z wiersza Całość i skończoność, przypominają strategię liryczną Andrzeja Sosnowskiego, a także poszukiwania niektórych poetów nurtu ośmielonej wyobraźni – Romana Honeta, Bartłomieja Majzla, Radosława Kobierskiego czy Tomasza Różyckiego:

Ciemność. Ale to nas wiodło. Bańka ołowianego haustu
Była jedynym, egzotycznym śladem, a na wrzecionie
Chwili eterycznym ruchem nakładał się szczątkowy
Zarys

Wiersz okazuje się miejscem osobnym, państwem w państwie, niepodległym ostatecznie ani językowi, ani rzeczywistości. Instytucją totalnie zdecentralizowaną, w której uprzywilejowanej pozycji nie ma ani podmiot, ani przedmiot, a które swą wewnętrzną stabilizację zawdzięcza nieobecności stałej ontologii. W jej obrębie nawet „Nici są podrzucone”, a „nowo poznani są figurkami ulepionymi / Z doraźnej fatamorgany” (Dysocjacje). Ludzie i zdarzenia na przemian zbliżają się i oddalają, a minimalizm metafizyczny pociągnięty zostaje do granic absurdu. Coś istnieje, ale… czym jest? Jakie jest? Jak się objawia? W którym momencie? Dla kogo? Podobne pytania próżno by mnożyć. Świat w poezji Meleckiego to magma obrazów i słów, jakby poeta przypominał nam, że doświadczana na co dzień stałość świata tak naprawdę jest bardzo względna i przygodna.

Melecki wyłuskuje więc fragmenty rzeczy i składa je w nową całość. Rzeczywistość migocze na własnych krańcach, w półcieniach i ułamkach chwil. Czytelnik doświadcza jej jakby od wewnątrz, w całej okazałości i ze wszystkimi pustymi miejscami. Poeta pisze o „siatce łowiącej ruch i zanik”, o „szczątkach i złożonych rusztowaniach”, o „wygasłej konstelacji gwiazd”. To parada wielokrotności, dziwny seans, w którym biorą udział rozmaite błyskotki i śmieci. Jest więc ta opowieść niedokończonym wspomnieniem, obrazem istnienia, które się przesunęło w czasie, a więc zostało ucięte, tak jak przesterowany sygnał. A kiedy ja liryczne próbuje mówić, mówi jednocześnie za dużo i za mało.

Najważniejszy w całym tomie wydaje mi się jednak wątek granicy. Melecki kreśli rozmaite linie demarkacyjne, opowiada o różnych końcach, krańcach, dnach, liniach, przecięciach, pasmach, brzegach, krawędziach, osiach, i promieniach. Nie chodzi tu chyba jednak o wyznaczenie rzeczom nowych ram – raczej o ustanawianie arbitralnych podziałów, które zaistnieją po to tylko, by zaraz mogły zostać przekroczone. Zupełny chaos? Nie. Raczej próba odpowiedzi na najbardziej podstawowe pytania: jak działa pamięć? Na czym polega myślenie? Jaka jest relacja między myślą i obrazem? I co właściwie za nas myśli? W jednym z najbardziej niezwykłych wierszy Hegemonia ustań poeta dopytuje:

Kto steruje wiosłami zamiarów, co uruchamia

Zapadnie jego steru? W tych mimowolnych mgnieniach
Nie ma dla ciebie miejsca, cienista zjawo, nie ma
Też takiego wymiaru, dla którego możliwe są skończenia
W jednym punkcie bieżącego zwrotu

Temat granicy powraca również w zwieńczającym książkę utworze Wykres kresu, pierwszym poemacie w karierze mikołowskiego poety. Motto utworu stanowią słowa Witolda Wirpszy: „Kto zrabuje kres”. Wydaje mi się, że Maciej Melecki z pełną powagą podchodzi do zadania, które wyznaczył cytowany mistrz. Przester przypomina bowiem coś na kształt eseju, w którym teoria łączy się z praktyką, a wszelkie granice zostają przekroczone. Chciałbym więc odczytywać tę książkę nie poprzez poszczególne utwory, tylko jako całościowy projekt, w którym chodzi przede wszystkim o ześlizgnięcie się w głąb języka. Zapomnijmy o znanych konturach rzeczy, a świat na powrót wyda się nam zagadką.