Mikser Podgórnik

Marcin Orliński

(„Przekrój” 2012, nr 30 (3499))

Marta Podgórnik, Rezydencja surykatek, Biuro Literackie, Wrocław 2011


Odwaga, drapieżność i bezkompromisowość to tylko niektóre cechy poezji Marty Podgórnik. Autorka potrafi połączyć ironię ze szczerym wyznaniem, a czułość podszyć szyderstwem. Powiem to z ręką na sercu: Nagroda Literacka Gdynia należała się Podgórnik od dawna.

Autorka Rezydencji surykatek zadebiutowała młodo. Jako siedemnastolatka wygrała konkurs poetycki im. Jacka Bierezina, którego pokłosiem był tom wierszy Próby negocjacji (1996). Zwykle jest tak, że nagroda literacka stanowi dla autora nobilitację. W tym przypadku było chyba jednak na odwrót. To właśnie nazwiska pierwszych laureatów (był wśród nich również Krzysztof Siwczyk) sprawiły, że łódzki konkurs dla debiutantów stał się jednym z najbardziej prestiżowych konkursów literackich w Polsce. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ Podgórnik nie dojrzewała powoli, lecz wdarła się na scenę literacką szybko i głośno, jako poetka samodzielna i niepokorna, zaznaczając mocny punkt na mapie polskiej poezji ponowoczesnej.

Rezydencja surykatek to szósty tom wierszy w dorobku gliwickiej poetki. Od poprzedniego (Dwa do jeden) dzieli go pięć lat, jeśli nie liczyć wydanych w 2008 roku wierszy zebranych Pięć opakowań. Warto było czekać? Owszem. Jest tu w zasadzie wszystko, co już wcześniej wzbudzało zainteresowanie czytelników i recenzentów: umiejętność mieszania stylów, swoboda w dobieraniu literackich rekwizytów, a także niezgoda na otaczającą rzeczywistość. Przede wszystkim jednak – autentyzm. Właśnie tak. Autentyzm. I jeśli nie boję się użyć tego słowa, to dlatego, że poetka tworzy – lub raczej w pewien sposób udostępnia nam – swój świat. Podgórnik podejmuje dawne tematy, a jednocześnie w zabawny, choć chwilami gorzki sposób rozprawia się z biografią swojej bohaterki. Opisuje jej karierę literacką, związki z mężczyznami i głośne imprezy, umiejętnie balansując między kulturą popularną i wysoką.

Można powiedzieć, że wiersz Podgórnik jest jak mikser, który autorka do końca utrzymuje jednak pod kontrolą. Bo choć w tym pamiętniku i niepamiętniku pojawiają się czasami zdarzenia pozornie nieistotne, co skądinąd można uznać za interesujący efekt rozrostu formy lirycznej w kierunku prozy, to poetka wciąż pozostaje bliska przedmiotowi. Rytm czy autotematyzm nie pojawiają się w tej poezji z potrzeby udowodnienia czegokolwiek czytelnikowi, lecz wyłaniają się razem z treścią, w sposób trochę przypadkowy, ale i nieuchronny. Nie ma tu zbędnej ekwilibrystyki językowej ani niepotrzebnego epatowania erudycją. Jest za to pełna swoboda już nie poetyckiego, ale po prostu życiowego wyrazu, w którym wiersz – rymowany lub biały, poważny lub śmieszny – staje się pretekstem do przybliżenia rwącego nurtu egzystencji. Chociaż nie, „przybliżenie” to niewłaściwe słowo. Podgórnik raczej rzuca się w życie, szarpie je i kawałkuje, docierając w ten sposób do trudnych i bolesnych prawd.

Jaka jest więc bohaterka Rezydencji surykatek? Próbuje zachować powagę, choć doskonale wie, że świat na tę powagę nie zasługuje. Żyje i pisze. Bawi się i eksperymentuje. Tańczy i kocha. Przede wszystkim jednak uważnie obserwuje. Jak wyczekująca na czatach surykatka.