Jestem, który nie jestem

Marcin Orliński

(„Twórczość” nr 2/2009)

Przemysław Owczarek, Rdza, Zielona Sowa, Kraków 2007

Sens współczesnej poezji bardzo często sprowadza się do gry, a główną siłą liryki okazuje się fragmentaryczność dyskursu i przypadkowość przedstawienia. U poetów, dla których pisanie wiąże się z grą, zwykle trudno więc znaleźć jakieś elementy scalające, na przykład ontologiczny środek lub choćby jednolity styl. Tymczasem Przemysław Owczarek wydaje się właśnie takim rozumnym graczem. I to graczem w podwójnym sensie tego słowa. Z jednej strony bawi się tradycyjnymi konwencjami i toposami, gra sobie na nich jak na instrumentach muzycznych, z drugiej zaś, zwłaszcza w wierszach o dzieciństwie, staje się aktorem. Podwójna gra? Chyba tak. Jak bowiem inaczej nazwać to specyficzne połączenie umiejętnej żonglerki poetyckimi figurami z czysto sceniczną próbą, w której dorosły mężczyzna, otoczony swoimi Heraklitami i Vermeerami, stawia czoło wskrzeszonemu właśnie dzieciństwu?

Owczarek, który właśnie otrzymał Nagrodę Poetycką im. Kazimiery Iłłakowiczówny za najlepszy debiut roku, miesza w swoich wierszach różne wzorce liryczne. Jest tu bowiem trochę awangardy, jest trochę o'haryzmu i jest też nieco szablonów klasycznych, a codzienny rekwizyt, często ubrany zresztą w niecodzienną szatę, staje się pretekstem do mówienia o czymś zupełnie innym, na przykład o Kulcie Maryjnym albo o współczesnym malarstwie. I na odwrót – to, co w jednej chwili wzniosłe i święte, w drugiej staje się plugawe i przyziemne.

Kilka lat temu Jarosław Klejnocki zastanawiał się, czy w ciągu najbliższych lat spośród rozmaitych opcji lirycznych najciekawsze nie okaże się połączenie nurtu o’harystycznego i klasycznego. Owczarek zdaje się czatować właśnie na skrzyżowaniu kilku różnych dróg. Na przykład w utworze Rozstępy podejmuje próbę dekonstrukcji jednej z najbardziej podstawowych kategorii myślenia w naszym kręgu kulturowym, a mianowicie kategorii tożsamości:

gdyby napisano powiedział bóg:
jestem, który nie jestem
, byłaby to
różnica. tam pusty mur

z siatki ogrodził las.

Tomik został podzielony na dwie części. Pierwsza wyraźnie koncentruje się na dzieciństwie. Owczarek knuje w niej spisek przeciw wszelkim mitom, a w szczególności mitowi niewinności. Ta próba przypomina w swych założeniach twórczość kilku innych poetów współczesnych, którzy próbowali podjąć ten temat, choćby wiersze Dariusza Suski. Narratorem Owczarka jest niemożliwy podróżnik w czasie, ktoś, kto wydaje się istnieć jednocześnie tam i tu, wtedy i teraz, otoczony obrazami z dzieciństwa, które przemawiają przez niego obcymi językami.

Historie z placu zabaw są tyleż zabawne, co dziwne i niepokojące. Dziecko u Owczarka bywa dzikie, niepokorne. Ma własny świat, w którym istnieje już sfera seksualna. Ta seksualność jest oczywiście „ślepa”, naiwna, bo chłopiec może jedynie eksperymentować ze swoim ciałem. Eksplorowanie przestrzeni zmysłowości staje się niewinną igraszką: „pocałujmy się siusiaczkami”. Fragmenty konfesyjne często mają tu jednak charakter ironiczny. Trudno rozpatrywać je w kategoriach prawdy i fałszu – myślę, że należy je traktować raczej jako wyraz afirmacji życia.

Owczarek ma dar snucia opowieści, co jest rzadkie u młodych poetów, którzy wolą stawiać fragment ponad całością i bardzo często poprzestają na stylistycznych melanżach lub językowych eksperymentach. „Olchy // nigdy nie były spokojne”, czytamy w utworze Intro secundo i słowa te powracają jak bumerang w wierszu Olcha:

ten pan już cię widzi:
mały, tu są gąski, chodź, to ci pokażę, idziesz, a on mówi:
bystry chłopiec jesteś, proszę, jakie grzybki! piękne...
ściągniesz spodnie?

Tajemniczy klimat utrzymany w tym utworze przypomina trochę Króla Olch. Czy to te same Olchy? Ten sam niepokój? Spotkanie z tym samym demonem? Rozbudowana opowieść lub rozmowa, nierzadko zresztą utrzymana w intelektualnym napięciu, miesza się w tych wierszach z szarym życiem. Owczarek potrafi zbudować najpierw określony nastrój, przedstawić daną sytuację, kierując uwagę na jej główny nurt, a potem nieoczekiwanie podmienić figury i chichocząc poklepać czytelnika po ramieniu nieoczekiwaną pointą.

Tym, na co warto zwrócić szczególną uwagę, jest, by tak rzec, erotyczna natura tego świata. I to erotyczna w szerokim sensie tego słowa. Mamy tu prawdziwy dialog, namiętne splatanie się języków, nieustanną wymianę semantycznych płynów. Najbardziej uderza w tej scenerii obecność figur chrześcijańskich, w szczególności "Najświntsej Panienki", kobiety-matki i kobiety-kochanki. Sfera erotyczna i sakralna wzajemnie się naświetlają, sumują, mnożą, a w końcu także znoszą: „Niebo jest pełne szczelin, jak w Egipcie, kiedy jeszcze było kobietą. Wyobraź sobie gwiaździste łono i błękitne piersi” (Priorytet). Albowiem Rdza to również opowieść o dwojgu ludzi, lirycznych „ja” i „ty”, lekko rozmazanych, ale współtworzących sens wszystkich zbliżeń i oddaleń, których jesteśmy tutaj świadkami. „Wyrzucili mnie z pracy, gdy nieopatrznie odkryli, / że rodzącą Marię zawiozłem na onkologię” (Święty interes).

Autor nawet przez chwilę nie przestaje być jednak wesołym gawędziarzem. „Kuba robi kupę”, pisze w wierszu Satori dada, a w utworze Cewka doradza: „Nie zaglądaj królikom w siekacze. Bądź kowbojem”. Ten humor pobrzmiewa czasem nutą rubaszną, barokową i wtedy niesie ze sobą coś złowieszczego, zwłaszcza w tych utworach, w których wraz z naszym wodzirejem stajemy na wspomnianym rozdrożu klasycyzmu i barbarzyństwa, na rubieżach porządku i chaosu: „nie wracam do miasta. słyszysz? / chuj, wołam, ja sowa // chuj z Atenami” (Virgo).

Poezja Owczarka jest ostra i soczysta. Pełno w niej intelektualnych i artystycznych zmagań, co daje niezwykły, niepokojący efekt. Owczarek, w przeciwieństwie do wielu swoich rówieśników, nie zachłystuje się ani językiem, ani rzeczywistością. Niemal każdy jego wiersz wiruje wokół wielu osi naraz, tworząc przestrzeń niemożliwego dramatu, którego ram nie sposób ustalić, a w którym uczestniczy jednocześnie wielu aktorów: ja, ty, jakiś przypadkowy przechodzień, Azazel, kolega Wojtek, Heraklit, a nawet Bohumil Hrabal. Mam wrażenie, że te wszystkie próby sumują się w szalone solilokwium, w którym poeta próbuje poradzić sobie z wielością głosów, które słyszy, z osobliwym faktem, że tak różne i sprzeczne elementy tworzą, mimo wszystko, jedno życie:

czas jest pamięcią, ale krew dąży do krwi. płynie rzeka
i spławia zdarzenia, które mówią o tobie niewiele. Więcej
wiruje na dnie nurtu. światło nie może go przeniknąć
tylko noc wypluwa na brzeg resztki snów