In progress

Marcin Orliński

(„Kresy” nr 3/2009)

Tadeusz Różewicz, Kup kota w worku..., Biuro Literackie, Wrocław 2008

Język się rozrasta, czyli – zanika. Wartości w świecie przybywa, a więc – ubywa. Jest coraz więcej ważnych tematów, coraz więcej możliwych projektów człowieka, coraz więcej rzeczy do zapamiętania. A to oznacza – właśnie – że jest ich coraz mniej. Kup kota w worku (work in progress) to niebanalna opowieść o banale, który toczy współczesny świat. Różewicz po raz kolejny okazuje się poetą wiecznie młodym. Pastiszuje język współczesnej młodzieży, język blogów, język kolorowych czasopism. Naigrywa się z polityków, nie szczędzi też prztyczków pisarzom i filozofom. Nowy tom autora Szarej strefy i Wyjścia najchętniej określiłbym jakimś skrótem, na przykład 3P. Bo taki skrót może wiele oznaczać: pustka, pośpiech, paplanina. Albo – lepiej: palimpsest, pastisz, przejęzyczenie.

Świat, jaki wyłania się z nowych utworów Różewicza, jest przegadany i w dużej mierze pozbawiony sensu: „proces zanikania mowy polskiej kurwa został przyspieszony”. Czytelnik ma możliwość zajrzeć na pełen błędów i absurdów blog pewnej nastolatki, posłuchać dialogu bohaterów o imionach Puppa i Vaccek oraz odwiedzić salon kosmetyczny „Pies Ci mordę lizał”. Obok Harry’ego Pottera pojawiają się wielcy filozofowie, a także zwykli, szarzy ludzie. Wszystkie postacie zostają przenicowane, zniekształcone i stają się pustymi ikonami pop-kultury.

Pierwsze teksty, wyraźnie stylizowane na pamiętnik lub blog, przypominają nieco prozę Doroty Masłowskiej. Ich bohaterką jest nastolatka, „tegoroczna maturzystka i pisarka”, która przedstawia się również jako „artystka” i pisze, co jej ślina na język przyniesie:

Doszedłam do wniosku, że bliższa jest nam sylwetka Marylin strieptis… o ile ważniejsza jest sylwetka Gosi Dynamo demonicznej… 032456200 fajnie mi się dzisiaj pisze bo okazało się że dziś jest dzień kota wczoraj był dzień pocałunku romantycznego… tak mi się fajnie pisze, że nie mogę wstrzymać strumienia podświadomości podobnie jak Freud

Język młodej internautki zapomina o sobie. Poszczególne fragmenty wypowiedzi nie tworzą spójnej całości znaczeniowej, tak jakby stanowiły splot przypadkowych informacji. Nieważny okazuje się przekaz, nieistotny styl. Ważne, by mówić, by gadać, ponieważ właśnie „gadaniną”, jeśli posłużyć się określeniem Martina Heideggera, staje się mowa: „Ponieważ zaś mówienie utraciło pierwotne odniesienie bycia do omawianego bytu, bądź nigdy go nie zyskało, dlatego komunikuje się ono nie w sposób źródłowego przyswajania sobie tego bytu, lecz na drodze plotkowania i powtarzania (Weiter- und Nachreden). To, co obgadywane jako takie, zatacza coraz szersze kręgi i nabiera autorytatywnego charakteru. Dana rzecz jest taka, bo tak się mówi”. Wg niemieckiego filozofa ta powtarzalność rozciąga się również na pisanie i staje się „pisaniną”. Jak wyznaje z kolei bohaterka Różewicza: „oddałam się dziś cała pisaninie sprawia mi to uczucie zbliżone do cyberorgazmu”.

Różewicz żartuje również z dyskursu filozoficznego, obnaża jego ciężar i abstrakcję. Przez książkę przewijają się m.in. tacy myśliciele, jak: Parmenides, Hegel, Nietzsche, Wittgenstein, Heidegger czy Derrida. Autor odnotowuje, że „profesor filozofii UJ napisał podręcznik / Zasady etyki piłkarskiej” i komentuje ów fakt cytatem z książki Pogrzebacz Wittgensteina: „choć tylko nieliczni z nas są filozofami wykładającymi z poziomu katedry, to wszyscy jesteśmy filozofami za kuchennym stołem lub w knajpie”.

Najbardziej charakterystyczny pod tym względem jest jednak poemat Áladerrida, który stanowi pastisz Prawdy w malarstwie Jacquesa Derridy. Różewicz wyznaje, że Derridę podziwia (piszący te słowa podziela zresztą ów podziw), jednak wg poety, filozof nie poradził sobie w tym wypadku z przedmiotem i przerosła go własna erudycja. Rzecz tyczy kalesonów. Narrator poematu zauważa, że kalesony w Rzymie nie były modne, za to istotne dla tematu mogą się wydać stare kalesony „Haj! Degerra”, który zresztą po chwili zmienia się w „Hej! de gerra”, a następnie w „heil! degera”. Po krótkiej refleksji na temat kalesonów Führera i kalesonów cesarza Franciszka Józefa przechodzi Różewicz do zagadnienia butów, szlufek i sznurowadeł, które z kolei naprowadzają go na problem „buta samego w sobie”. Dziura w bycie staje się oto dziurą w bucie.

Trudno się nie uśmiechnąć nad tą dialektyką przejaskrawioną i absurdalną. Z drugiej strony nie sposób zaprzeczyć: język dwudziestowiecznej filozofii bywa pokrętny i bardzo często okazuje się przerostem formy nad treścią, co doskonale obrazuje następująca fraza: „figa która jest owocem / figowca jest również figurą retoryczną ale może służyć / komuś – słowo komuś jest kimś komu się – pokazuje coś – np. figi / z makiem”. Czyż myśliciele nie używają często właśnie języka pokrętnego i niezrozumiałego? Czy nie próbują w ten sposób podkreślić wagi swoich wynurzeń, które mogłyby okazać się płytkie i nieoryginalne? Przypominają mi się słowa Karla R. Poppera, który bardzo ostro krytykował nadmierną retorykę w wypowiedziach współczesnych intelektualistów: „Nie można odróżnić prawdy od fałszu, nie można odróżnić trafnej odpowiedzi na pytanie od niewłaściwej, nie można odróżnić dobrych pomysłów od banalnych i nie można krytycznie oceniać myśli – jeśli nie są one przedstawione z dostateczną jasnością" .

Trudno rozstrzygnąć, ile w tym szalonym dialogu jest dekonstrukcjonizmu (metody interpretacyjnej stosowanej przez Derridę), a ile czystej drwiny. Powinowactwa poststrukturalistyczne zdradza jednak tytuł książki Kup kota w worku (work in progress). Okazuje się, że autorowi niekoniecznie chodzi o „worek”, ale o „work”, anglojęzyczne słowo, które jednocześnie oznacza „pracę” i „dzieło”. Tę dwuznaczność wykorzystali niegdyś właśnie poststrukturaliści. We wspomnieniu o Paulu DeManie Derrida pisał, że dekonstrukcja jest zawsze „at work in the work”, czyli wciąż pracuje wewnątrz dzieła. Lektura dekonstrukcyjna nie zmierza do obnażenia ostatecznego sensu tekstu lub jego części. Jednym z jej celów staje się bowiem sprawdzenie, w jaki sposób poszczególne słowa funkcjonują w tekście i jak, np. w zależności od kontekstu, zmienia się ich sens.

Można powiedzieć, że Różewicz w całym tomiku dokonuje dekonstrukcji różnych dyskursów, od języka potocznego, poprzez język mediów, aż po język pisarzy i filozofów. Z jednej strony gra słów pozwala mu obnażyć słabe strony różnych języków, z drugiej zaś – uruchomić produkcję sensu. Twórcze wariacje na temat różnych stylów i słowników dają w efekcie coś pomiędzy (beł)kotem a (boj)kotem, kota rozerwanego, superpozycję kota , który nie jest ani tu, ani tam, ale właśnie gdzieś pomiędzy. A w dalszej perspektywie – nagą i bolesną prawdę o dzisiejszym świecie. Być może z tego właśnie względu w innym utworze Różewicz próbuje pokazać, czym jest palimpsest. Na przytoczony wiersz Przerwy-Tetmajera nakładają się wcześniejsze przemyślenia o modnym dzisiaj słowie „fajnie”: „zgubiłam wątek ostrego erotyku z końca XIX wieku przerwa a więc fajnie, kiedy kobieta omdlewa w objęciu…”. Szum informacyjny nie pozwala uzyskać dystansu i dokonać właściwej hierarchizacji wartości, a semantycznemu i aksjologicznemu melanżowi towarzyszy zjawisko alienacji:

mimo że jest luty leżę rozłożona na pełnej kwiatów łące przez moje ciało płynie strumień który niesie niepowstrzymany potok słów nawet nie chce mi się tego notować robi to toto za mnie Darek Kuderka który klika obok na czacie i moją podświadomość przepuszcza przez swoją między nami chmury

Pastisz, którego dokonuje poeta, obejmuje też politykę. Różewicz żartuje z sejmowych obrad, z aktorskiej parady ludzi władzy, a nawet układa dyktando dla posłów i senatorów, które okazuje się zresztą ściągawką z samego siebie. Ten dystans do tematów politycznych wydaje się charakterystyczny dla całej poezji polskiej po 1989 roku. Wielu poetów młodego i średniego pokolenia, m.in. Świetlicki, Biedrzycki, Zadura czy Machej podchodziło do tego tematu na luzie, z przekonaniem, że dziedzina ta nie jest dzisiaj ani ważna, ani interesująca.

Gdyby nie druga część książki, można by pomyśleć, że autor Ocalonego stał się już stuprocentowym postmodernistą. Przed taką konstatacją powstrzymują jednak wiersze, które przypominają Różewicza klasycznego, zdystansowanego, stawiającego na prostotę i lekkość wyrazu. Uśmiech na twarzy poety blednie. Pojawia się natomiast troska o to, co w życiu naprawdę ważne. Najważniejszych odpowiedzi nie powinniśmy szukać w zgiełku hipermarketu, który oferuje nam całe mnóstwo fałszywych remediów pod postacią poradników, lekarstw, czasopism, ale w zwykłych, codziennych czynnościach, w życiu prostym i cichym: „zjedz jajecznicę / poczytaj sobie życie na zimno / albo na niskich obcasach / idź spać” (Gdzie jest pies pogrzebany). Nawet siebie samego Różewicz przedstawia jako „normalnego poetę”, który nie próbuje z własnej osoby czynić medialnego zjawiska, nie nosi oryginalnej fryzury, lubi piesze spacery i jest mężem jednej żony.

W cyklu Nowa dramaturgia Różewicz skupia się na trzech cechach, które, wg niego, powinny kształtować szeroko rozumiany teatr, a mianowicie: światło (mrok zniekształca i wyolbrzymia), czas (współczesny człowiek nie ma na nic czasu) oraz ubranie („bez ubrania nie ma ani cywilizacji / ani kultury ani sztuki”). Ale czym jest teatr? Tylko teatrem? Oczywiście nie. Nadrzędną wartością we współczesnym świecie okazuje się jasność. Jasne powinny być ludzkie myśli, jasne powinny być słowa i czyny. Na życie oświecone racjonalną myślą człowiek powinien mieć czas – bez czasu nie sposób choćby na chwilę się zatrzymać i wsłuchać w mowę istnienia. Tym zaś, co człowieka powinno łączyć ze światem, jest odpowiednia szata, ubiór, a więc jakaś maska wdzięczna i przyzwoita.

Przesłanie kabaretu, na który zaprosił nas Różewicz, nie jest zatem oczywiste. Z jednej strony bowiem poeta śmieje się z współczesnej polszczyzny, z drugiej zaś – zdaje się ironizować na temat dzisiejszej literatury, wskazując bądź to na jej skostniałe formy, bądź na jej próżność. Rozwiązania upatrywać należy być może właśnie w śmiechu, a właściwie – w uśmiechu. Poecie nie zależy bowiem na tym, aby rozśmieszyć czytelnika, ale – jak sam mówi – by wywołać na jego twarzy uśmiech. A różnica pomiędzy śmiechem i uśmiechem wydaje się ogromna. Śmiech wytwarza absolutny dystans, sprawia, że osoba, która się śmieje, oddala się od przedmiotu śmiechu. Z kolei uśmiech utrzymuje podmiot w pobliżu przedmiotu, dzięki czemu przedmiot daje się objąć myślą, oswoić i zrozumieć.

Potrzebna jest więc gra na wielu bębenkach, poszukiwanie języka, który wylatywałby nie tylko nad poziomy teleturniejów i forów internetowych, ale także nad doniosłość i patos literatury klasycznej:

mam dziesiątki koncepcji
teorii pomysłów
na kilka reform
teatru narodowego
marzę o wystawieniu sztuki
w jednym akcie płciowym
pt. Król ubu w beczce
keczubu

(Kichnięcia)

Słowo, słowo poetyckie, zdaje się więc odgrywać kluczową rolę w projekcie Różewicza. Pomaga rozpoznać i ocenić rzeczywistość. Jednocześnie tekst nie może pozostać jedynie rejestrem zdarzeń i społecznych nastrojów. Poeta winien się zaangażować w świat, powstrzymać proces estetyzacji życia i zawrócić je na właściwy, etyczny tor. A do tego niewątpliwie potrzeba odwagi. Piękno, jak powiada Różewicz, nie koniecznie musi iść bowiem w parze z prawdą. Poezja musi świadczyć i zaświadczać – nawet o prawdzie najbardziej bolesnej, brzydkiej i banalnej. Ponieważ „gramatyka poezji / to gramatyka milczenia i braku”.

Większość krytyków do nowej książki Tadeusza Różewicza odnosi się przychylnie. Ale słychać też głosy sceptyczne. Należy do nich na przykład wypowiedź Andrzeja Franaszka, który na łamach Tygodnika powszechnego pisał: „Nie są to diagnozy nowe. I nie są też, oczywiście, bezzasadne. Problem leży gdzie indziej: i w strategii, i w jakości wykonania” . Nie potrafię się zgodzić z tą diagnozą. Kup kota w worku odczytuję bowiem jako książkę-lustro. A przecież ostatnio chyba nikt, może poza Dorotą Masłowską, nie odważył się na tak radykalne obnażenie prawdy o współczesnym języku.

„Największą prawdą XXI wieku / i największą tajemnicą jest TO / że nie ma prawdy”, pisze Różewicz w wierszu Credo. Tę intrygującą, choć nie nową tezę można potraktować jako pieczęć całego projektu. Po jego kilkukrotnej lekturze widzę już wyraźnie, że uśmiech poety jest nie tylko blady, ale także podszyty głębokim żalem i goryczą. Wielki Kolaps dokonał się bowiem po cichu, za naszymi plecami. Jedyne, co pozostaje, to uświadomić sobie jego konsekwencje. Im wcześniej to zrobimy, tym lepiej. Z drugiej strony nawet ten prosty wniosek trudno jest sformułować i zakomunikować w sposób jednoznaczny i przekonywujący. Przygodę z książką Kup kota w worku chciałbym więc zakończyć słowami, które Różewicz kazał wypowiedzieć Mefiście w sztuce rzęsy (część Nowej dramaturgii): „w tem jest sęk / a w sęku dziura”.