Na huśtawkach

Marcin Orliński

(„Twórczość” nr 5/2010)

Bartosz Konstrat, Samochody i krew, Korporacja Ha!art, Kraków 2010


Jak słusznie zauważyli Bartosz Sadulski i Przemysław Witkowski, pojęcie poezji gejowskiej wydaje się równie mylące, co nieadekwatne. Wiersz nie służy bowiem ujawnianiu seksualności poety, a w każdym razie nie jest to jego jedyny cel. Dyskurs homoseksualny zdaje się ukazywać nowe możliwości określania własnej tożsamości, a być może – jak chce Igor Stokfiszewski – obnażać również „poczucie braku uczestnictwa w publicznym sporze o kształt kultury – ich erotyczność jest tyleż wyborem wrażliwości, ile koniecznością, zamykającą dyskurs homoseksualny w getcie tego, co prywatne”.

Trudno zaprzeczyć, że poeci, którzy deklarują się jako osoby homoseksualne, całą swą artystyczną siłę kierują ku życiu codziennemu. Polemik w stylu queer nie znajdziemy raczej ani u Adama Wiedemanna, ani u Edwarda Pasewicza, ani nawet u Jacka Dehnela, którego chyba w pierwszej kolejności wypadałoby podejrzewać o chęć udziału w społecznej debacie. Problem jednak w tym, że w przypadku każdego z nich getto prywatności nie jest ograniczone przez mur zakazów, a nawet jeżeli tak by było – zakazów tych nie dałoby się wyczytać z samych wierszy. Myślę więc, że bardziej adekwatna będzie następująca diagnoza: poezja po roku 1989, niezależnie od orientacji seksualnej, nie choruje na szczęście na kompleks niższości, a zakres tematów poruszanych przez poetów bardziej wynika z pokoleniowych poszukiwań niżeli z jakiegoś niewidzialnego systemu wykluczeń.

W przypadku najnowszego tomu wierszy Bartosza Konstrata Samochody i krew problem nieco się komplikuje. Owszem, poeta zainteresowany jest przede wszystkim sprawami dnia codziennego: wspominaniem, wypominaniem, wyznawaniem, gawędzeniem. Fascynacja ciałem innego mężczyzny ma jednak charakter nie tylko erotyczny, ale i poznawczy. Jak to możliwe? Otóż relacja między tym, co męskie, i tym, co kobiece, zdaje się jednostronna, jak przekonuje Konstrat choćby w utworze Ciąg dalszy snu o zdejmowaniu ślubnych rękawiczek: mężczyzna podporządkowuje, kobieta jest podporządkowywana. Schemat ten idealnie się zresztą wpisuje w matrycę heteroseksualną, jeśli posłużyć się modnym terminem Judith Butler. Jeśli Konstrat usiłuje w swoich wierszach przełamać ten układ, to czyni to w osobliwy sposób – podczas wędrówki po ciałach różnych kobiet i mężczyzn.

Być może ta swoista metempsychoza możliwa jest dzięki symetrii, która cechuje relację homoseksualną. Na czym polega ta relacja? Otóż jej istotę, jak mi się wydaje po kilkukrotnej lekturze wierszy Konstrata, stanowi pełna wymienialność zachowań, o której w przypadku tradycyjnego podziału ról nie może być mowy. Mężczyzna widzi w drugim mężczyźnie siebie samego, a jednocześnie odgrywa podwójną rolę seksualną – jest zarówno biorcą, jak i dawcą. Ten wiecznie otwarty kanał przepływu informacji umożliwia spotkanie z tym, co inne, o czym możemy się przekonać z wiersza Piosenka o pewnym Meksykaninie:

Kim jesteś, przechodniu o meksykańskiej twarzy? (…)

Chciałbym być tobą teraz, chciałbym w twojej skórze
Przejść przez skrzyżowanie na czerwonym świetle?

Strategia Konstrata zdaje się uderzać w samo jądro tematyki gender i queer. Badania w obrębie tych dziedzin skupiają się bowiem głównie na zagadnieniach tożsamości seksualnej i wytwarzania różnic płciowych przez teksty literackie. Jak podkreśla Anna Burzyńska, „największym zainteresowaniem cieszą się tutaj takie problemy, jak narzucanie bądź tłumienie płciowości przez konwencje kulturowe, sposoby określania płci przez języki i dyskursy, mechanizmy definiowania płci, ustanawianie pól semantycznych rozbudowanych wokół żeńskich lub męskich ról płciowych itp.” .

Bartosz Konstrat wciela się więc w różne role: na przemian jest mężczyzną i kobietą. Tej nieustannej zmianie stroju towarzyszą zresztą przemiany dyskursu, począwszy od gramatycznego rodzaju narratora, a skończywszy na konwencji literackiej. W jednym wierszu bohater – jako mężczyzna – podgląda innych chłopców w szatni, a w innym – już jako kobieta – spotyka się z Edwardem Hopperem i daje się okładać „biczem jego oddechu”. Raz – jako mężczyzna – pisze list miłosny do chłopca, którego kochał w młodości, innym razem – znów jako kobieta – opowiada, jak w polu oddała się kilku żołnierzom. By raz jeszcze przywołać wspomnianą badaczkę, „bardzo interesujące są tutaj propozycje objaśniania świadomości w kategoriach inskrypcji i transformacji cielesnej ‘powierzchni’ osoby, koncepcje dotyczące ‘rzeźbienia’ ciała przez siły społeczne czy performatywnego ‘wytwarzania’ ciała przez przedstawienia” .

Oczywiście rzucającą się w oczy bliskość cielesną dwojga ludzi można również rozumieć dosłownie – Konstrat funduje nam bowiem opowieść o codziennych bolączkach mężczyzny w średnim wieku, o zwykłych namiętnościach, tęsknotach, radościach i pragnieniach. Być z drugim człowiekiem znaczy przecież dzielić z nim istnienie: „Może jesteśmy kotem, jego dwoma snami, dwiema stronami życia, w które się wystroił?” (Na huśtawkach).

Żeby jednak nie zatrzymać się na jednoznacznych rozstrzygnięciach, warto zauważyć w tej opowieści inne wątki. Choćby motyw sztuczności, która doskwiera bohaterowi, a bez której nie mógłby żyć. Ludzkie zachowania nie są autentyczne w tym sensie, że wynikają z kulturowych uwarunkowań. Żyć znaczy naśladować: „Czy nie masz wrażenia, że to nas ratuje, to naśladowanie filmów, czegoś, co nie istnieje?” (Noce i dnie). Ratuje? Przed czym? Dla wyjaśnienia inny cytat: „Oto nasze twarze pozbawione masek. Bezbronne negatywy portretów trumiennych” (Sędziowie). To już perspektywa niezbyt wesoła, by nie powiedzieć, że wprowadzająca wręcz mroczny, egzystencjalny lub nawet metafizyczny klimat.

W tej scenerii Konstrat zdaje się zadawać pytanie o dojrzałość. Co to znaczy być mężczyzną? W którym momencie jest się mężczyzną? Czy tylko za zasadzie kontrastu do niedojrzałych lub przejrzałych mężczyzn, których co i rusz się w życiu spotyka? Do tych pytań można jeszcze dorobić szerszą przybudówkę: być może nie istnieje czas, w którym bohater jest u siebie. Być może jedynym domem jest sama opowieść, nieustanna wędrówka od ciała do ciała, nieskończone poszukiwanie własnej tożsamości. A przy okazji również – poszukiwanie formy, przyglądanie się możliwym wzorcom lirycznym, ciągłe wiązanie i rozwiązywanie umowy o mowę. W jednym wierszu sięga więc Konstrat po język dramatu, w innym zaś – korzysta z dyskursu reporterskiego, a poczucie wpływu i nieautentyczności powraca kilkukrotnie: „Obudziło mnie światło odbite od lustra” (Pył, proszek).

Książkę Konstrata można więc czytać jako interesujący projekt queer. A ponieważ tematyka jest stosunkowo nowa i raczej nieobecna w polskiej krytyce literackiej, warto chyba przyjrzeć się Samochodom i krwi od tej właśnie strony. Nie przypominam sobie, aby ktokolwiek wcześniej wpadł na pomysł zeswatania homoseksualizmu z metempsychozą, a następnie ukazał siłę poznawczą tego osobliwego mariażu.