Drzazgi i śmiech

informacja prasowa

Miło mi powiadomić, że nakładem Wydawnictwa WBPiCAK w Poznaniu w serii „Biblioteka Poezji Współczesnej” ukazał się właśnie mój najnowszy, trzeci tom wierszy Drzazgi i śmiech.




Marcin Orliński, Drzazgi i śmiech

WBPiCAK, Poznań 2010
Biblioteka Poezji Współczesnej, tom 26
ISBN 978-83-60746-94-3
Liczba stron: 82

Redaktor serii: Mariusz Grzebalski
Autor okładki i koncepcji graficznej: Piotr Zdanowicz
Skład, łamanie: Dorota Bojkowska
Korekta: Anita Kowalewska-Łopatka, Natalia Słomińska



Recenzje:

Karol Samsel, Królestwo zmiany (zeszytypoetyckie.pl)
Marcin Włodarski, „Drzazgi i śmiech” (czytaniewpiwnicy.blogspot.com)
Michał Domagalski, "Podobno jest różnie" (wywrota.pl)



Książka ukazała się w dwóch wersjach graficznych (kliknij, aby powiększyć).

     




„Marcin Orliński skupia dwa odmienne kierunki jednej drogi: staje się nawiedzonym i zarazem nawiedzającym. Tkwi pomiędzy słowami w beznadziejnym klinczu nie po to, aby tkwić, lecz by je wyszarpywać, przetrącać im karki, ustawiać w różnych pozach, byle nie w szeregu. Być może ów wyczuwalny klincz sprawia, iż poeta ofiarowuje nam książkę ze wszech miar udaną, a momentami wręcz wyśmienitą. Odgrywa własną, bardzo unikatową opowieść posługując się wyjątkowo rzadkimi liniami melodycznymi. Wielbi dysonans. Nie stroni od lingwistycznych zawirowań, lecz nie ulega im zbyt mocno. Liczy się 'mięso'. Przerosty. Surowa łąka, w której wydeptuje się fragmenty krzyku”.

Bartłomiej Majzel




Wybrane wiersze:



Tusz

Rzeka płynie korytem ku źródłu, niecką ku twarzom
topielców. W złe, lipcowe popołudnia
drzewa zrzucają korony, a trasy owych pojazdów
o silnikach na ocet krzyżują się

w drewnie. Miesiąc obraca się na bok,
a w jego brzuchu widać preparaty minionych sezonów,
królewską korespondencję w baraniej kiszce,
twarze przyrośnięte do połamanych mebli –

ten wieczór drożeje z minuty na minutę, a inflacji
nie powstrzyma nawet nagłe uderzenie w twarz,
łyk wódki, dłonie zaciśnięte na czyichś
mankietach. I tylko ta dioda w ciemnym kącie
pokoju jeszcze mruga, jeszcze
nawołuje do życia,

a życie

pryska i wiruje w odpływach,
promienieje.



* * *

Słyszysz? To jej suknie
z nenufarów i rdzy. Ptak,

nie kobieta. Być może przystaje właśnie
przed klatką schodową i kłóci się z listonoszem.
Kto wie, czy nie zabiera mu nawet torby i nie rozrzuca
kopert na wszystkie strony. Tak, niech będzie,

że ów krótki moment listopadowego popołudnia
złapał równowagę i utrzymuje się niewzruszony
między gzymsem a parapetem. Bo gdy odstawiam filiżankę
z kawą, jest już inna godzina, tło inne. Przestrzeń
odarta z powietrza i sklepienie o barwie neonu
sklepowego. Ktoś wymiotuje przez okno akademika,
ktoś inny śmieje się obracając w palcach figurkę
Neptuna. I znów nie mam ciała. Albo inaczej:

kwateruję jednocześnie we wszystkich ścianach
tego małego mieszkania na poddaszu
i jak ów słowiański bóg zawiaduję sterami
nocy. I oto niepostrzeżenie staję się Ablem,
naszymi wyjściami na papierosa, rozmową
o niezdanym egzaminie, pornografią.

Mogłaś być niebem, Mnemosyne,
a wysysa cię ornat.



Podziemne jeziora stoją niezmącone

I jeszcze znaleźć jeden wiersz na ten
powracający, nieuzasadniony niepokój.
Nazwać go i dookreślić, nie uciekać
od nazw. Przerwać

drzemkę dróżnika we Wsi Małej, żarty nad rozlewiskiem,
kiedy ojciec nieopatrznie topi parę bliźniaków
w pierwszym dniu wakacji, rozmowę dwóch nauczycielek
nad śrubką, która kilka dni później odkręci się
od siedzenia. Lecz nade wszystko

głos, ów dudniący głos,
destylat próżni,

bogate w składniki pożywienie dla dzwonów
i drewnianych pudeł. Rozkaz jest nagły i bolesny:
zaprzestać walki ze śnieżycą, zamknąć oczy.

Na nic się zdały pociski wroga Germana,
bo żaden nie śmiał obalić na górze Chrystusa Pana


Moje dzieci, mówię,
miesiąc się rozbudził i obraca ku wam,

nie otwierajcie ust.