W stanie rozproszenia

Marcin Orliński

(„Akcent” nr 3/2013)

Arkadiusz Bagłajewski, Mapy dwudziestolecia 1989-2009. Linie ciągłości,
Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2012,
liczba stron: 328



„Sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”, pisał Hegel w przedmowie do Zasad Filozofii Prawa. Ta słynna sentencja wyraża pogląd, że nie jesteśmy w stanie objąć całości zdarzeń zachodzących w świecie, dopóki się nie skończą. Podobną myśl wyraził Gadamer, który wskazywał, że w procesie rozumienia tekstów kultury niezbędny jest dystans historyczny. Bez dystansu – trudno o obiektywizm. Ba, trudno nawet o dostrzeżenie wszystkich aspektów badanych zjawisk, o nakreślenie linii ciągłości, wyznaczenie wektorów oddziaływań.

A jednak krytycy literaccy i badacze literatury współczesnej podejmują ów trud, w który przecież od samego początku wpisane jest ryzyko pominięcia, błędu, przeoczenia. Stawka jest bowiem wysoka: dokonać rozpoznań i ocenić zjawiska literackie, zanim zrobią to przyszli historycy literatury. Właśnie z tego rodzaju próbą mamy do czynienia w przypadku książki Arkadiusza Bagłajewskiego Mapy dwudziestolecia 1989-2009. Linie ciągłości. Autor jest nie tylko krytykiem literackim i badaczem literatury, ale także redaktorem „Kresów”, jednego z najważniejszych czasopism literackich w Polsce. Jak zauważa Tomasz Mizerkiewicz w recenzji na obwolucie, te trzy role w pewien sposób dopełniają się i pozwalają Bagłajewskiemu spojrzeć na omawiane zagadnienia z różnych perspektyw.

Na Mapy dwudziestolecia…, jak często bywa w przypadku tego rodzaju publikacji, składają się teksty publikowane w różnym czasie i w różnych okolicznościach. Czytelnik znajdzie tu szkice i eseje, drukowane wcześniej w takich czasopismach, jak „Odra”, „FA-art” czy „Kresy”, a także w książkach pokonferencyjnych. Zrozumiała jest więc pewna nierówność dyskursu i fragmentaryczność wywodów. Bagłajewski zaznacza we wstępie, że „prezentowane w przedstawianej Czytelnikowi książce spojrzenia interpretacyjne dotyczące literatury najnowszej wyrastają z bliższego historycznoliterackim procedurom niż krytycznoliterackim hipotezom nastawienia, w pewnym stopniu porządkującego, ale przede wszystkim – i chciałbym to mocno podkreślić – będącego próbą opisania w kilku różnych przekrojach pewnego nurtu prozy najnowszej oraz wybranych stanowisk krytycznych, ‘odzyskiwanych’ w dwudziestoleciu po 1989 roku” .

Trudno mi się odnieść do wszystkich poruszonych przez Bagłajewskiego zagadnień. Niniejszy tekst stanowi więc jedynie próbę zarysowania zamysłu, jaki stoi za Mapami dwudziestolecia..., i tylko w przypadku dziedzin mi najbliższych pozwalam sobie na sformułowanie bardziej szczegółowych uwag.

Głównym celem, jaki autor postawił sobie w pierwszej części książki, wydaje się określenie kondycji literatury po transformacji, która dokonała się zarówno na zewnątrz zjawisk kulturowych (np. „zanik centrali”), jak i w ich wnętrzu. Szczególną uwagę zwraca Bagłajewski na „dość wyrazisty, mimo indywidualnych zróżnicowań, nurt prozatorski: wywodzący się z innych tożsamościowych dyskursów prozy wcześniejszej, ale tu – w książkach Chwina, Huellego, Stasiuka, Tokarczuk, Myśliwskiego – znajdujący swoją specyfikę, autorską osobność i zarazem wspólnotowe podobieństwa” . W drugiej części książki autor przedstawia propozycje krytyczne, które przed 1989 roku zostały zapoznane lub nie miały okazji pojawić się w szerszym obiegu. Chodzi tu przede wszystkim o teksty emigracyjne Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i Włodzimierza Odojewskiego, ale także o intymistyczne teksty Józefa Czapskiego czy krytykę senilną Czesława Miłosza.

W otwierającym książkę szkicu Stan rozproszenia (1995) Bagłajewski omawia zjawisko, które Janusz Sławiński nazywał „zanikiem centrali”. Sugeruje, że rozpoznanie to jest trafne nie tylko w stosunku do poezji, ale także do prozy i innych zjawisk kulturowych, jakie miały miejsce w latach 90. Na początku ostatniej dekady XX wieku nowe czasopisma literackie doprowadziły do sytuacji, że życie literackie w Polsce uległo zasadniczemu rozwarstwieniu i dywersyfikacji. Każde z nich zdawało się mieć moc generowania lokalnych zjawisk, przy czym nie chodzi jedynie o lokalność w sensie geograficznym, ale też symbolicznym. „W tym zmienionym układzie właściwie wszystkie propozycje są wobec siebie ‘peryferyjne’, w tym sensie, że są różnorodne, konkurencyjne, można powiedzieć: stale weryfikujące swoje rozpoznania i stale skazane na utwierdzanie własnych wyborów wobec innych propozycji. Ciągle więc z poczuciem niespełnienia, albowiem w miejsce gestu porządkującego dawnej ‘centrali’ weszły jak najbardziej własne, ‘lokalne’ (co bynajmniej nie znaczy: prowincjonalne) gusty i oceny” . Bagłajewski zauważa, że stan rozproszenia może być pożyteczny, o ile „lokalność” nie oznacza koterii czy promowania w kółko tych samych nazwisk. Wyraża nadzieję, że także w krytyce literackiej stan rozproszenia w pozytywny sposób może się przyczynić do powstawania niezależnych projektów „lokalnych”, wspieranych na przykład przez czasopisma.

Kategoria „centrali” pojawia się też w szkicu Od zaniku „centrali” do „centrali”, w którym Bagłajewski zwraca uwagę za Teresą Walas, że w latach 90. rekonstrukcji kanonu towarzyszyły przeciwstawne procesy decentralizacji i rozpraszania. Ale już na przełomie wieków proces ten, przynajmniej według niektórych obserwatorów, zaczął się odwracać. Na przykład w 1997 roku Krzysztof Uniłowski odrzucał mit przełomu, stwierdzając że „Poezja, proza i krytyka trzydziestolatków tracą atrybut i przywileje młodości, starsi pisarze powoli odzyskują stracone pole” . Potrzebę powrotu „centrali” sygnalizowali już wcześniej inni autorzy, np. Maria Janion. Bagłajewski uważa, że zwrot ten dokonał się zarówno w poezji, jak i prozie. Dowodem na powrót „centrali” miała być na przykład Nagroda Literacka Nike, której pierwsi laureaci zaczęli tworzyć „zrekonstruowany kanon”. Trudno mi się zgodzić do końca z tą diagnozą. Owszem, w pierwszych latach nagrodę otrzymywali autorzy znani i, by tak rzec, zasłużeni: Wiesław Myśliwski, Czesław Miłosz, Stanisław Barańczak czy Tadeusz Różewicz. Ale już w 2004 roku kapituła postanowiła wyróżnić młodego prozaika Wojciecha Kuczoka, a w 2006 roku – Dorotę Masłowską, autorkę, której twórczość zasadniczo odbiega od wszelkich dotychczasowych „kanonów”. Z drugiej strony nie sposób zaprzeczyć, że poważne nagrody literackie, takie jak Nike, Gdynia czy Silesius, zaczęły wyznaczać w ostatnich trendy i ustanawiać nowe, „centralne” punkty na mapie polskiej literatury współczesnej.

Główne rozdziały książki nie zostały poświęcone jednak zagadnieniom teoretyczno- czy socjologiczno-literackim, a samej literaturze. Bagłajewski pochyla się nad ulubionymi pisarzami, takimi jak Stefan Chwin, Andrzej Stasiuk czy Wiesław Myśliwski. Na uwagę z pewnością zasługują próby znalezienia intertekstualnych łączników między literaturą współczesną i klasycznymi dziełami prozy XX-wiecznej. Zasugerowane w tytule „linie ciągłości” autor stara się nakreślić poprzez wskazanie miejsc wspólnych, zarówno w obrębie formy, jak i treści omawianych tekstów. Za przykład niech posłuży esej Schulz i proza lat dziewięćdziesiątych. Rekonesans. Bagłajewski daleki jest od sugerowania bezpośrednich wpływów autora Sklepów cynamonowych na takich współczesnych prozaików, jak Olga Tokarczuk, Magdalena Tulli, Piotr Szewc czy Stefan Chwin, ale wskazuje na podobieństwa między nimi na różnych poziomach tekstu. Może to być na przykład „mitologizacja rzeczywistości” czy ingerencja w ontologię czasu. Strategia, na którą zdecydował się Bagłajewski, nie jest oczywiście nowa, ale w tym wypadku jak najbardziej uzasadniona. Myślę, że można ją zresztą rozszerzyć na inne rodzaje literackie. Nęcący wydaje mi się na przykład pomysł zarysowania podobnych zależności w dziedzinie poezji, na przykład między poezją Bolesława Leśmiana a twórczością Jarosława Marka Rymkiewicza i Jacka Dehnela. Albo między utworami Witolda Wirpszy a wierszami Macieja Meleckiego i Krzysztofa Siwczyka.

Jak już wspomniałem, takie projekty, jak książka Bagłajewskiego z wielu przyczyn skazane są na subiektywizm, cząstkowość i przygodność. A jednak trudno nie zadać choćby ogólnego pytania o zjawiska pominięte. Autor nie mówi na przykład o dynamicznie rozwijającym się w ciągu ostatnich lat gatunku reportażu literackiego. Mam na myśli nie tylko takich klasyków, jak Ryszard Kapuściński, który ostatnie dzieła wydał już na początku XXI wieku, ale także autorów średniego i młodego pokolenia, na przykład Hugo Badera czy Mariusza Szczygła. Arkadiusz Bagłajewski, mimo głębokiego zainteresowania tematyką „małych ojczyzn”, trzyma się więc pewnego kanonu i pomija autorów, którzy do wizji tego kanonu nie pasują. Bo czyż do „nurtu tożsamościowego” nie należałoby zaliczyć choćby „prozy dresiarskiej” Doroty Masłowskiej czy „literatury LGBT”, reprezentowanej na przykład przez Michała Witkowskiego? Autor wymienia wprawdzie tych ostatnich autorów, ale tylko w ogólnym zestawieniu na końcu książki.

Jeśli chodzi o końcowy szkic, trudno nie odnieść wrażenia, że został on dołączony do książki na doczepkę i stanowi próbę zapełnienia powstałych luk. Rozdział O najważniejszym 1989-2009 odbiega bowiem jakościowo od wcześniejszych rozdziałów, a problemy współczesnej prozy i rynku literackiego w Polsce, którymi Bagłajewski zajął się rzetelnie w poprzednich rozdziałach, tutaj zostają niestety sprowadzone do kilku łatwych rozstrzygnięć i prostych enumeracji typu „dwadzieścia książek na dwudziestolecie”. Tego rodzaju „listy przebojów” nie mają zbyt dużej wartości merytorycznej, zwłaszcza jeśli nie stoi za nimi historyczno- lub krytycznoliteracka argumentacja. Zobaczmy na przykład, jak Bagłajewski załatwia sprawę poezji po 1989 roku. Ponieważ jest to dziedzina szczególnie mi bliska, pozwolę sobie przytoczyć dłuższy passus: „Teraz ‘najważniejsze książki poetyckie’. I tu było trudniej, bo urodzaj większy, a chciałbym trzymać się pewnej reguły. Nie udało się, ale odłóżmy na bok usprawiedliwienia. Oto one, pyszna półka smakowitości poetyckich: Zbigniew Herbert – Elegia na odejście i Rovigo, Tadeusz Różewicz – Płaskorzeźba i zawsze fragment, Czesław Miłosz – Dalsze okolice i Druga przestrzeń, Wisława Szymborska – Koniec i początek, Stanisław Barańczak – Podróż zimowa, Marcin Świetlicki – Zimne kraje, Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki – Liber mortuorum, Andrzej Sosnowski – Życie na Korei albo Stancje, Janusz Szuber – O chłopcu mieszającym powidła, Adam Zagajewski – Pragnienie, Jarosław Marek Rymkiewicz – Zachód słońca w Milanówku, Krystyna Miłobędzka – Po krzyku, Tomasz Różycki – Dwanaście stacji. Cenię też wiersz Marzanny Kielar, Andrzeja Niewiadomskiego, poruszają mnie niektóre krystaliczne liryki z ostatniego tomiku Joanny Pollakówny. Ale wystarczyłoby (…) zatrzymać: Miłosza, Szymborską, Herberta, Różewicza, Świetlickiego i Różyckiego, by pewna ciągłość linii została utrzymana.”.

Jak wiadomo, z gustami się nie dyskutuje. Święte prawo krytyka wskazywać takich autorów, jakich tylko zechce. Dziwi jednak zachowawczość powyższego zestawienia. Jeśli trzymać się idei ciągłości, to „wielka czwórka” jest tu jak najbardziej na miejscu. Z drugiej strony Bagłajewski chce przecież mówić o „najważniejszych książkach poetyckich” dwudziestolecia. W następnym akapicie dorzuca wprawdzie do tej poetyckiej listy nazwiska Krzysztofa Koehlera, Marcina Barana, Artura Szlosarka, Adama Wiedemanna, Krzysztofa Siwczyka i Jolanty Stefko, ale w moim odczuciu to wciąż za mało. Jeśli bowiem mowa o Sosnowskim, to co z pozostałymi autorami, którzy zapłodnili polską poezję współczesną wzorcami amerykańskimi? Mam na myśli choćby Bohdana Zadurę czy Piotra Sommera. Co z poetami kultowymi w rodzaju Jacka Podsiadły, który w latach 90. był trwałą i – można powiedzieć – „ciągłą” inspiracją dla młodych poetów? Co z autorami, którzy zapoczątkowali „nurt ośmielonej wyobraźni”, na przykład Romanem Honetem? Co z poezją cybernetyczną? Co z poezją zaangażowaną społecznie, której coraz silniejsza reprezentacja nie sprowadza się przecież tylko do nazwisk Szczepana Kopyta czy Konrada Góry? Lista nieobecności jest długa i oczywiście nie wymagam od autora wielkich podsumowań, zwłaszcza jeśli jego cel był zgoła inny. Trudno mi jednak przejść obojętnie nad zestawieniem tak rażąco „nieciągłym”.

Charakter analiz, które przedstawił Bagłajewski, rozmija się więc w kilku miejscach z postulatem, jaki sformułował w szkicu Stan rozproszenia: „Odrzucam natomiast jako ‘prowincjonalne’, kurczowe trzymanie się własnych zjawisk, lęk przed innymi propozycjami, gettowość kilku nazwisk.” . Mimo to projekt Mapy dwudziestolecia 1989-2009. Linie ciągłości oceniam pozytywnie. Autor w przekonujący sposób zrekonstruował wybrane zjawiska literackie i krytycznoliterackie, nie roszcząc sobie pretensji do całościowego ogarnięcia problematyki omawianego okresu. Zgodnie z zaproponowaną przez Bagłajewskiego terminologią, całe przedsięwzięcie należałoby więc nazwać „projektem lokalnym”, silnie zdeterminowanym jednak przez obowiązujący „kanon”.